poniedziałek, 11 marca 2013

Rozdział 13

Nialler

Spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie. Siódma rano. Postanowiłem skorzystać z okazji, że dziewczyny jeszcze śpią i wykąpać się, bo jakoś wcześniej nie było sposobności, a potem już się nie dostane. Otworzyłem swoją walizkę, w celu znalezienia szczoteczki do zębów i świeżych ubrań, gdy natknąłem się na jakieś pudełko. Między moimi ciuchami leżał nowiutki iPhone. Nie możliwe. Kupili mi nowy telefon. Wyjąłem go z opakowania. W pudełku leżała karteczka z napisem.
Nowa i załadowana karta jest w środku, Conor ma już twój nowy numer, na pewno wysłał ci już milion wiadomości. Wszystkie kontakty w pisałem ci w książkę telefoniczną.
Kochamy Cię
Rodzice.
Naprawdę kupili mi nowy telefon. Nie żałuję, że utopiłem tamten, bo już ledwie żył.
            Włączyłem go i od razu się zaciął, bo po pięciu minutach moja skrzynka była, jak tata napisał, zapchana wiadomościami od Conora.
- Nie masz na co wydawać pieniędzy, Conor. – powiedziałem do siebie i przejrzałem kilka.

Chris zaprosił nas na domówkę. Szkoda, że cię nie ma. Pójdę sam. J

Napisz, zadzwoń jak dolecisz. Chce wiedzieć, że nadal żyjesz. Znowu.

Fajny telefon, co? Dziękuj mi stary. To ja go wybrałem. Stawiasz pizze jak wrócisz.

Dużo się już dowiedziałem, odczytując te trzy smsy. Zadzwonię do niego później, jak się obudzi, czyli jakoś o trzeciej. Mam czas. Wybrałem numer do rodziców, by im podziękować. Opowiedziałem jak mi minęła podróż i po trzydziestu minutach, w końcu mogłem pójść do łazienki. Wziąłem prysznic i nawet nie zdawałem sobie sprawy jak długo pod nim stałem. Dziewczyny zaczęły się dobijać do drzwi i wrzeszczeć. Wyszedłem z łazienki i pojrzałem na zegarek. Dziewiąta. Jej, nie wiedziałem, że nawet potrawie spędzić tyle czasu pod prysznicem.
- Wolne, możecie wchodzić. – powiedziałem dziewczyną i skierowałem się do salonu.
- Czyścioch się znalazł. – odpowiedziała ciocia i zamknęła się w łazience, zanim Sawanna ruszyła palcem.
- Super. Ja naprawdę muszę tam wejść! – Saw zaczęła walić w drzwi.
- Dziecko, masz cały dzień na to, ja zaraz spóźnię się do pracy. – krzyknęła ciocia.
Zrezygnowana dziewczyna posnuła się do salonu i usiadła na kanapie.
- Jak tam minęła ci noc? – zapytała
- Wygodnie i gorąco. Naprawdę ciepły koc. – wskazałem na puchową kulkę zwiniętą i rzuconą na sofę.
- Przykryłam cię, bo zasnąłeś w samych szortach. Uznałam, że będzie ci zimno.
- Dzięki. – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się. – Jakieś plany na pierwszy dzień w Londynie? – zapytałem po chwili, gdy przestałem wlepiać wzrok w Sawanne, która znów z kimś smsowała.
- Myślałam, że coś wymyślisz, bo szczerze nie wiem od czego zacząć.
- Czyli zdajesz się na mnie?
- W stu procentach. Tylko najpierw musimy coś zjeść, bo naprawdę jestem głodna.
- Najgłodniejszą osobą w tym pomieszczeniu jestem ja! Umieram z głodu. To co przebieramy się i idziemy na dół coś zjeść?
- Możemy zamówić do pokoju? Będzie szybciej i łatwiej. – zaproponowała Sawann
- Okey, niech będzie. Na co masz ochotę?
- Na to, co ty.
- Śniadanie też mam wybrać?
- Czemu nie? Dziś masz wolną rękę, jutro to ja wybieram gdzie idziemy, co robimy i co jemy. – odpowiedziała dziewczyna z zabawną miną.
- Czuje, że w coś się pakuje.
- To się okaże. Zaufaj mi, chyba nie trafimy do więzienia.
- Chyba?! – wykrzykłem siadając koło dziewczyny, która trzymała w ręku telefon i wybierała numer do recepcji.
- Na pewno nie będziesz żałował.
- Nie mam wyjścia, musze ci zaufać. Dawaj telefon. – Saw podała mi słuchawkę i po chwili wybrałem nasze dzisiejsze śniadanie. W tym czasie Sawanna poszła do łazienki. Ciocia w podskokach biegała po pokoju szukając po raz kolejny swojej torebki, w końcu włożyła buty i bez słowa wyszła. Po kilkudziesięciu minutach Saw wyszła z łazienki, przebrana w ciepły sweter i jasne jeansy. Temperatura nie była zadowalająca, ale czego można oczekiwać w październiku. Nie było źle. Lekka kurtka i bez problemu da się przeżyć. Śniadanie czekało już na małym stoliczku w rogu pokoju. Zagrodziłem drogę Sawannie i zatrzymałem ją.
- Najpierw musisz mi coś obiecać. – powiedziałem
- Co to takiego?
- Nie wyjdziemy dopóki nie zjesz swojej porcji posiłku.
- Jeżeli tak, mam nadzieje że, nie zamówiłeś połowy zapasów restauracji.
- Troszeczkę mniej. – odpowiedziałem i pozwoliłem jej przejść.
            Na stole leżał talerz z kilkunastoma naleśnikami oblanymi syropem klonowym z czekoladą i owocami. Musli z jogurtem naturalnym, sałatka owocowa, tosty z czekoladą i masłem orzechowym w tonowych ilościach. Na dodatek do wyboru gorąca czekolada, kawa i herbata.
- I ja to mam zjeść? – zapytała dziewczyna z opuszczoną szczęką
- Potem możemy iść na lody czy …
- Jak twoi rodzice zarabiają na takiego głodomora jak ty?
- Chyba się już przyzwyczaili.
- Jeżeli ty zjesz ¾ tego, to ja mogę zjeść resztę. Inaczej nie wstanę z krzesełka.
- Jak nie będziesz mogła wstać to założę ci rolki będę cię pchał, albo ciągnął, jak chcesz.
- Myślę, że jutro umrzesz z głodu.
- Tego się obawiam. – pośmialiśmy się chwilę, a potem postanowiliśmy zacząć jeść dopóki wszystko jeszcze było ciepłe. Przy okazji sprawdzałem rozkład jazdy tutejszego metra i pociągów. – Myślę, że powinniśmy wyrobić sobie bilety tygodniowe, będzie wygodniej, nie będziemy musieli codziennie czekać w kolejkach po następny.
- Też tak uważam. – odpowiedziała dziewczyna zasłaniając ręką usta zapchane naleśnikiem.
- To pośpiesz się, bo mamy wiele rzeczy do zrobienia na dziś.
- Dosyć, że zamówiłeś taką porcje jedzenia, to karzesz mi to wszystko zjeść w 10 minut.
- Nie ma łatwo. Spalisz wszystko dzisiaj.
- Jak będę szła wszędzie pieszo, a nie przemieszczała się liniami miejskimi.
- Przeżyjesz jeden tydzień. Nie przejmuj się, jedz. – odpowiedziałem i upiłem łyk gorącej czekolady.