wtorek, 21 maja 2013

Rozdział 14

Nialler

Po śniadaniu pozbieraliśmy wszystkie potrzebna rzeczy, założyliśmy kurtki, bo niestety pogoda nie powalała. Lekkie zachmurzenie, ale na szczęście nie pada. Jeszcze.
Wyszliśmy z hotelu i skierowaliśmy się w stronę stacji metra, które było oddalone o kilkadziesiąt metrów od naszego hotelu.
- Na pewno wiesz gdzie idziemy? – Spytała Saw, dopinając kurtkę i próbując mnie dogonić
- Tak. Nie martw się, nie zginiemy. Stacja jest kawałek dalej. – odpowiedziałem i idąc przodem, rozglądałem  się dookoła.
Za to kocham Londyn. Miasto wielokulturowe, o ciekawej historii i pięknej architekturze. Nawet chodniki tutaj są super. Każdy budynek ma w sobie coś, co przyciąga cię do niego. Naprawdę nie można się nadziwić. Osobiście, najbardziej podobają mi się stare uliczki Londynu i parki. To jest miejsce, w którym można się odprężyć. Wielkie zielone pola z różnorodną roślinnością. Miejsce idealne na niedzielny piknik, lub przejażdżkę rowerem.
 Po chwili dotarliśmy do stacji i podeszliśmy do jednego z wolnych okienek. Niczego innego nie można było się spodziewać. Ludzie wchodzą i wychodzą, inni kręcą się czekając na pociąg. Jedni czytają książki inni używają e- czytników. Ciągły pośpiech, ludzie z telefonami przy uchu dopinających na ostatni guzik sprawy z pracy w drodze powrotnej do domu, lub pędzący na spotkanie. Bezdomni, biznesmeni, emeryci, młodzi ludzie szukający wrażeń w dzisiejszym świecie, tacy jak my. Skejci, pankowcy, kujony i ci przystojni. To jest miejsce w którym można zobaczyć ludzi, gdzie na co dzień w moim rodzinnym miasteczku nie znajdziesz. Każdy jest inny, wyjątkowy, o unikalnym charakterze. Afroamerykanie, Azjaci, Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Latynoamerykanie, Skandynawowie. Tu każdy ma swoje miejsce i  każdy żyje swoim tempem, tak jak chce.
Kupiliśmy bilety tygodniowe, co kosztowało nas 17 £ i oddaliliśmy się od kas.
- Dobra tu mamy plan metra. Jesteśmy w tym miejscu – Charing Cross. – Wskazałem palcem na mapce, by pokazać Sawannie. – Teraz będziemy jechać Bakerloo line, wysiądziemy na Baker Street, przejdziemy podziemiom i wyjdziemy na powierzchnie, a tam już tylko kawałek od miejsca do którego cię zabieram.
- W takim razie prowadź, bo ja już się pogubiłam. – odpowiedziała z uśmiechem.
- Okey, chodź. W tą stronę. – podałem jej rękę, by w tym tłumie jej nie zgubić, a ona z chęcią ją przyjęła. Przedostaliśmy się przez tunel, a potem zjechaliśmy schodami na dół. Usiedliśmy na jednych z pobliskich siedzeń i czekaliśmy na metro, które z godnie z tablicą informacyjną powinno nadjechać za 3 minuty. Saw siedziała i znów z kimś pisała.
- Kto ci tak nawala na ten telefon? – spytałem, po chwili.
-Nikt taki, przepraszam już wyłączam. – uśmiechnęła się, a potem wrzuciła telefon do torebki.
Gdy metro nadjechało wskoczyliśmy do niego i zajęliśmy wolne miejsca.
- „Mind the gap between the train and platform edge.” – usłyszeliśmy, a potem drzwi się zamknęły. Chyba nigdy mi się to nie znudzi. Uwielbiam to zdanie, nie wiedzieć z  jakiego powodu.
- Stwierdzam, że się przejadłam.  – powiedziała Saw, kiedy metro już ruszyło i głośno westchnęła.
- To przejściowe uczucie. Przejdzie ci.
- Wrócę do domu o 10 kilogramów grubsza. – marudziła z dziwnym grymasem na twarzy.
- Nie przesadzaj. Wy dziewczyny macie świra na punkcie zdrowego odżywiania i odchudzania.
- Bo chcemy wyglądać ładnie. Pomyśl, który koleś w dzisiejszym świecie chciałby chodzić z grubą laską? Żaden, no może są wyjątki, ale to zdarza się raz na tysiąc. A ja nie chce czekać do czterdziestki, kiedy jakiś zdesperowany facet postanowi wziąć ze mną ślub.
- Mi się podobasz taka jaka jesteś, nie przeszkadza mi to, że mogłabyś jeść na okrągło. Ja jestem głodomorem, nie przeżyje bez jedzenia nawet pół dnia.
- Zdążyłam to zauważyć. I dzięki za komplement.
- Nie wiele dziewczyn umie je przyjmować. Zawsze uważają, że są niewystarczająco ładne. Powinny się cieszyć z tego co mają, a nie wybrzydzać.
- Masz racje, ale nie zmienisz całego świata. – odpowiedziała.
- Cóż. – potem bacznie przyglądałem się stacją , które mijaliśmy. Za każdym razem ludzie wysiadali i wsiadali. Zadziwiające jest to, że każdy z nich miał taki sam wyraz twarzy; przygnębiony i zmęczony. Rzadko można zobaczyć człowieka z uśmiechem na twarzy. Tak po prostu żyje się w wielkich miastach. Podążanie za rzeczami materialnymi, kształtowanie swojej kariery zawodowej, zdobywanie wykształcenia, sławy i innych celów. Ciągły pośpiech. Nie ma czasu na relaks, rodzinne weekendy, czy choćby nawet wypicie lampki wina z kimś bliskim.  Tu ludzie dzielą się na tych, którzy chcą zarobić pieniądze, by zapewnić byt dla swoich rodzin i tych, którzy harują cały tydzień, by stracić kasę w jedną piątkową noc na imprezie w klubie. Nie mówię, że każdy z ludzi tu mieszkających zaliczają się do tych dwóch grup, bo to nieprawda, ale większość z nich właśnie tak żyje.
 ________________________________________________________________________________
Przepraszam, za to, że musiałyście tak długo czekać na następny rozdział, ale już jest. Mam nadzieje, że wena dopisze i rozdziały będą dodawane regularnie. Dodawajcie komentarze, albo może napiszcie jakieś swoje historie, związane z Londynem, jeśli ktoś z was tam był. Chętnie poczytamy. 
D&M

poniedziałek, 11 marca 2013

Rozdział 13

Nialler

Spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie. Siódma rano. Postanowiłem skorzystać z okazji, że dziewczyny jeszcze śpią i wykąpać się, bo jakoś wcześniej nie było sposobności, a potem już się nie dostane. Otworzyłem swoją walizkę, w celu znalezienia szczoteczki do zębów i świeżych ubrań, gdy natknąłem się na jakieś pudełko. Między moimi ciuchami leżał nowiutki iPhone. Nie możliwe. Kupili mi nowy telefon. Wyjąłem go z opakowania. W pudełku leżała karteczka z napisem.
Nowa i załadowana karta jest w środku, Conor ma już twój nowy numer, na pewno wysłał ci już milion wiadomości. Wszystkie kontakty w pisałem ci w książkę telefoniczną.
Kochamy Cię
Rodzice.
Naprawdę kupili mi nowy telefon. Nie żałuję, że utopiłem tamten, bo już ledwie żył.
            Włączyłem go i od razu się zaciął, bo po pięciu minutach moja skrzynka była, jak tata napisał, zapchana wiadomościami od Conora.
- Nie masz na co wydawać pieniędzy, Conor. – powiedziałem do siebie i przejrzałem kilka.

Chris zaprosił nas na domówkę. Szkoda, że cię nie ma. Pójdę sam. J

Napisz, zadzwoń jak dolecisz. Chce wiedzieć, że nadal żyjesz. Znowu.

Fajny telefon, co? Dziękuj mi stary. To ja go wybrałem. Stawiasz pizze jak wrócisz.

Dużo się już dowiedziałem, odczytując te trzy smsy. Zadzwonię do niego później, jak się obudzi, czyli jakoś o trzeciej. Mam czas. Wybrałem numer do rodziców, by im podziękować. Opowiedziałem jak mi minęła podróż i po trzydziestu minutach, w końcu mogłem pójść do łazienki. Wziąłem prysznic i nawet nie zdawałem sobie sprawy jak długo pod nim stałem. Dziewczyny zaczęły się dobijać do drzwi i wrzeszczeć. Wyszedłem z łazienki i pojrzałem na zegarek. Dziewiąta. Jej, nie wiedziałem, że nawet potrawie spędzić tyle czasu pod prysznicem.
- Wolne, możecie wchodzić. – powiedziałem dziewczyną i skierowałem się do salonu.
- Czyścioch się znalazł. – odpowiedziała ciocia i zamknęła się w łazience, zanim Sawanna ruszyła palcem.
- Super. Ja naprawdę muszę tam wejść! – Saw zaczęła walić w drzwi.
- Dziecko, masz cały dzień na to, ja zaraz spóźnię się do pracy. – krzyknęła ciocia.
Zrezygnowana dziewczyna posnuła się do salonu i usiadła na kanapie.
- Jak tam minęła ci noc? – zapytała
- Wygodnie i gorąco. Naprawdę ciepły koc. – wskazałem na puchową kulkę zwiniętą i rzuconą na sofę.
- Przykryłam cię, bo zasnąłeś w samych szortach. Uznałam, że będzie ci zimno.
- Dzięki. – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się. – Jakieś plany na pierwszy dzień w Londynie? – zapytałem po chwili, gdy przestałem wlepiać wzrok w Sawanne, która znów z kimś smsowała.
- Myślałam, że coś wymyślisz, bo szczerze nie wiem od czego zacząć.
- Czyli zdajesz się na mnie?
- W stu procentach. Tylko najpierw musimy coś zjeść, bo naprawdę jestem głodna.
- Najgłodniejszą osobą w tym pomieszczeniu jestem ja! Umieram z głodu. To co przebieramy się i idziemy na dół coś zjeść?
- Możemy zamówić do pokoju? Będzie szybciej i łatwiej. – zaproponowała Sawann
- Okey, niech będzie. Na co masz ochotę?
- Na to, co ty.
- Śniadanie też mam wybrać?
- Czemu nie? Dziś masz wolną rękę, jutro to ja wybieram gdzie idziemy, co robimy i co jemy. – odpowiedziała dziewczyna z zabawną miną.
- Czuje, że w coś się pakuje.
- To się okaże. Zaufaj mi, chyba nie trafimy do więzienia.
- Chyba?! – wykrzykłem siadając koło dziewczyny, która trzymała w ręku telefon i wybierała numer do recepcji.
- Na pewno nie będziesz żałował.
- Nie mam wyjścia, musze ci zaufać. Dawaj telefon. – Saw podała mi słuchawkę i po chwili wybrałem nasze dzisiejsze śniadanie. W tym czasie Sawanna poszła do łazienki. Ciocia w podskokach biegała po pokoju szukając po raz kolejny swojej torebki, w końcu włożyła buty i bez słowa wyszła. Po kilkudziesięciu minutach Saw wyszła z łazienki, przebrana w ciepły sweter i jasne jeansy. Temperatura nie była zadowalająca, ale czego można oczekiwać w październiku. Nie było źle. Lekka kurtka i bez problemu da się przeżyć. Śniadanie czekało już na małym stoliczku w rogu pokoju. Zagrodziłem drogę Sawannie i zatrzymałem ją.
- Najpierw musisz mi coś obiecać. – powiedziałem
- Co to takiego?
- Nie wyjdziemy dopóki nie zjesz swojej porcji posiłku.
- Jeżeli tak, mam nadzieje że, nie zamówiłeś połowy zapasów restauracji.
- Troszeczkę mniej. – odpowiedziałem i pozwoliłem jej przejść.
            Na stole leżał talerz z kilkunastoma naleśnikami oblanymi syropem klonowym z czekoladą i owocami. Musli z jogurtem naturalnym, sałatka owocowa, tosty z czekoladą i masłem orzechowym w tonowych ilościach. Na dodatek do wyboru gorąca czekolada, kawa i herbata.
- I ja to mam zjeść? – zapytała dziewczyna z opuszczoną szczęką
- Potem możemy iść na lody czy …
- Jak twoi rodzice zarabiają na takiego głodomora jak ty?
- Chyba się już przyzwyczaili.
- Jeżeli ty zjesz ¾ tego, to ja mogę zjeść resztę. Inaczej nie wstanę z krzesełka.
- Jak nie będziesz mogła wstać to założę ci rolki będę cię pchał, albo ciągnął, jak chcesz.
- Myślę, że jutro umrzesz z głodu.
- Tego się obawiam. – pośmialiśmy się chwilę, a potem postanowiliśmy zacząć jeść dopóki wszystko jeszcze było ciepłe. Przy okazji sprawdzałem rozkład jazdy tutejszego metra i pociągów. – Myślę, że powinniśmy wyrobić sobie bilety tygodniowe, będzie wygodniej, nie będziemy musieli codziennie czekać w kolejkach po następny.
- Też tak uważam. – odpowiedziała dziewczyna zasłaniając ręką usta zapchane naleśnikiem.
- To pośpiesz się, bo mamy wiele rzeczy do zrobienia na dziś.
- Dosyć, że zamówiłeś taką porcje jedzenia, to karzesz mi to wszystko zjeść w 10 minut.
- Nie ma łatwo. Spalisz wszystko dzisiaj.
- Jak będę szła wszędzie pieszo, a nie przemieszczała się liniami miejskimi.
- Przeżyjesz jeden tydzień. Nie przejmuj się, jedz. – odpowiedziałem i upiłem łyk gorącej czekolady.

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 12

Nialler


Miałem ochotę wyskoczyć z samolotu, jednak dźwięk oznaczający, by zapiąć pasy uratował mi życie. W końcu lądujemy. Gdy było już po wszystkim, jak najszybciej wyciągnąłem swój bagaż podręczny i czekałem aż, wypuszczą nas z samolotu.
W końcu wyszliśmy na powietrze. Londyn. Nareszcie. Naprawdę nie mogłem się już doczekać tych kilku najlepszych dni mojego życia. Skierowaliśmy się w stronę budynku lotniska i już po chwili przeszliśmy kontrole i odebraliśmy swoje bagaże. Dziewczyny koniecznie musiały skorzystać z toalety, więc postanowiłem przypilnować wszystkich sześćdziesięciu toreb jakie ze sobą zabrały. Otoczyłem się nimi wszystkimi i czekałem, aż przyjdą. Po bacznej obserwacji ludzi kręcących się koło mnie, zauważyłem mężczyznę trzymającego tabliczkę z imieniem i nazwiskiem mojej cioci, a także z  logo redakcji, w której moja ciocia pracowała. Miałem zamiar podejść do niego i powiedzieć, że jestem z nią, ale na pewno by mi nie uwierzył i nie miałem nawet szansy tego zrobić, otoczony jak fortecą z każdej strony walizkami. Cierpliwe czekałem na dziewczyny, które w końcu po piętnastu minutach się pojawiły.
- Ten pan chyba na ciebie czeka, ciociu. – spojrzała w stronę, w którą wskazałem i zabrała ze sobą swoją torebkę i pobiegła do mężczyzny.
- Ja nie mam zamiaru nosić tych wszystkich toreb. – powiedziałem z wyrzutem
- Dlatego ten koleś tu jest. – powiedziała Sawanna pisząc sms’a i idąc w kierunku cioci
- Zostawisz mnie tu samą, znowu?
- Spokojnie, nie zginiesz. – powiedziała śmiejąc się.
Potem wraz z Bob’em, tak nazywał się ten facet, zanieśliśmy wszystkie walizki cioci do samochodu. Podróż trwała dobrą godzinę. Gdy już wjechaliśmy do centrum nie mogłem oderwać oczu od szyby samochodu. To miasto jest cudowne.
- Będę tu kiedyś mieszkał.
- Zostawisz Irlandie? – zapytała mnie Sawann
- Będę często ją odwiedzać.
- Tak, jasne.
Pod hotelem, obsługa zajęła się wszystkimi naszymi bagażami, a my spokojnie weszliśmy do środka.
- Mam rezerwacje na nazwisko McDewis – powiedziała ciocia, a recepcjonistka szybo wpisał je w bazę danych na komputerze i  przejrzała pliki.
- Tak zgadza się, apartament nr 108, 10 pięto. – odpowiedziała kobieta i miło się uśmiechnęła.
-  Dziękuję. A to są moi goście. – ciocia zabrała klucz elektroniczny od apartamentu i odeszła, a my za nią podreptaliśmy, nie odzywając się ani słowem.
Hotel zadziwiał. Cudowne wykładziny, drogie tapety i różne orientalne ozdoby. Nie mogłem doczekać się widoku wnętrza naszego „nowego mieszkanka”.
            Ciocia przesunęła kartę w zamku i już po chwili drzwi się otworzyły. Weszliśmy do środka i oniemialiśmy. Przynajmniej  ja. Ciocia takie widoki miała prawie na co dzień, a Sawann z tego co wiem, nie raz już z nią wyjeżdżała.
            Wielki salon, z ogromną, wygodną, skórzaną kanapą, 60 calowym telewizorem i barkiem z małym blatem kuchennym i lodówką. Rzuciłem się na kanapę i nie miałem zamiaru z niej schodzić.
- Podoba ci się, co? – spytała mnie ciocia, gdy już zdarzyła na robić wokół siebie bałaganu.
- Cudownie. Mogę tu już zostać na zawsze.
- To dobrze, bo tutaj będziesz spać.
- Co?
- Apartament jest dla jednej pary, a nie dla trzech singlów. Ja z Sawann będziemy spały w sypialni na łóżku, a ty tutaj na kanapie. No chyba, że chcesz spać ze mną. Innej opcji nie ma.
- Okey, odpowiada mi. Kanapa jest mega wygodna. Zapewne łóżko jest sto razy wygodniejsze, ale już wole tego nie sprawdzać, bo będę żałował.
- Cieszę się, że się dogadaliśmy. A teraz pozwólcie, że wezmę wspaniałą, odprężającą kąpiel. Dobranoc dzieciaki. – powiedziała i z nikła za drzwiami łazienki.
Nawet nie miałem siły się rozpakować. Postanowiłem rozpracować telewizor. Bawiłem się pilotem, gdy Sawann nadawała wciąż z kimś przez telefon. To raczej nie jej mama. Gada już dobre pół godziny. Może w końcu jej się bateria rozładuje, bo pisze smsy od początku naszego spotkania na lotnisku. Cioci też nie widać. Mam nadzieje, że nie utopiła się w tej wielkiej wannie. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, a gdy się obudziłem, byłem przykryty wielki, miękkim kocem, pod którym się gotowałem.

niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział 11

Nialler


W pokoju czekał na mnie już Conor.
- Widziałeś gdzieś moich rodziców?
- Kazali mi się tobą zaopiekować. Chyba myśleli, że ciągle śpisz.
- To przynieś mi coś do jedzenia, bo od wczorajszej kanapki z serem nic nie jadłem.
- Biedulek. Choć, zrobię ci największą kanapkę jaką kiedykolwiek widziałeś. – zeszliśmy na dół i Conor od razu zaczął przygotowywać jedzenie.
- Nie wierze. Tu robisz coś w kuchni. Co ci się stało?
- Kocham cię stary. Nie chce żebyś umarł z głodu. – powiedział i potem się zaśmiał. – Cieszę się, że żyjesz. Myślałem już, że…
- Daj spokój. Zapomnij o tym, dobra?
- Okey, jak sobie życzysz.- Po chwili dostałem kanapkę. Chyba naprawdę była największą jaką kiedykolwiek jadłem.
- Grillowany ser, bekon, cebula, sałata, ogórek kiszony, pomidor i kurczak. Tadaaa. – przedstawił jak najszybciej potrafił swoje dzieło Conor i padł na kanapę. – Teraz dokończmy meczyk, muszę się odegrać.
- Mam tylko godzinę, więc się pospiesz, bo coś mi się zdaje, że nie zdążysz. – załączyliśmy gre i śmigaliśmy już po wirtualnym boisku. Między czasie, pożerałem wielkimi kęsami swoją kanapkę i przeżuwałem ją godzinami. Nie graliśmy długo, bo chwilę później wrócili moi rodzice i mama kazała mi się szykować. Conor postanowił nie przeszkadzać i pójść do domu. Pożegnaliśmy się i ruszyłem prosto do łazienki. Stałem pod strumieniem wody, poczułem się zrelaksowany i odprężony. Po chwili z tego pięknego stanu wyrwało mnie mocne walenie w drzwi.
- Niall! Wyłaź już! Nie zdążysz, niedługo przyjedzie ciocia!– usłyszałem zdenerwowany głos mamy. Zawsze, kiedy gdzieś wyjeżdżam, albo wyjeżdżamy razem, sieje panikę i ciągłe powtarza, że się spóźnimy. Już się do tego przyzwyczaiłem i w takich sytuacjach byłem wyjątkowo posłuszny mamie. Po paru minutach wyszedłem z toalety i poszedłem do swojego pokoju zabrać walizki. W pokoju zastałem moją mamę.
- Co robisz?
- Sprawdzam czy wszystko spakowałeś. – powiedziała składając parę dżinsów.
- Mówiłem ci już, że wszystko..
- Wolałam się upewnić, dobrze wiem, jaki jesteś roztrzepany.
- Super... – powiedziałem i rzuciłem się na łóżko.
- Wziąłeś paszport? – po chwili spytała mama.
- Tak
- A szczoteczkę do zębów?
- Tak! Mamo wszystko spakowane, przestań.
- No dobrze. Która godzina?
- Za dziesięć piąta.
- Oh, znieś walizki na dół, pewnie zaraz przyjedzie ciocia.
Mama wyszła z mojego pokoju, zabierając ze sobą stertę moich brudnych ubrań.
Zniosłem walizki tak jak kazała mi mama. Po chwili usłyszałem klakson samochodu. Otworzyłem drzwi i zasygnalizowałem cioci, że już idę. Pożegnałem się z rodzicami. Oczywiście nie obyło się bez czułości mamy. Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę czarnego land rovera cioci. Wpakowałem walizki do bagażnika i zanim wsiadłem do środka jeszcze raz pomachałem mamie. Ruszyliśmy. Przez cała drogę siedziałem i patrzyłem się na drogę. Ciocia ciągle rozmawiała z kimś przez telefon, nie wiem chyba z szefem. Siedziałem i obserwowałem jak migają mi przed oczami paski namalowane na ulicy, nie zdawałem sobie sprawy co zaraz się wydarzy.
Na lotnisku wygramoliłem się z samochodu po długiej podróży. Wziąłem ze sobą torbę i skierowaliśmy się do terminalu. Odebraliśmy bilety i nadaliśmy bagaże.
- Dobra samolot mamy o 20.00, więc mamy trochę czasu. Idziemy na kawę.
- A ta dziewczyna co miała z nami lecieć, gdzie ona jest? Rozmyśliła się?
- Czeka już na nas, choć, przecież widzę, że nie możesz się już doczekać, żeby ją poznać. Pewnie liczysz na jakiś romansik, co?
- Nie… - nawet nie dała mi dokończyć, zaczęła mi tłumaczyć, że ta dziewczyna się tak szybko nie da, jest mądra i rozważna, a już na pewno nie pójdzie z kimś do łóżka po tygodniowym wypadzie. Takie słowa z ust własnej ciotki brzmią dziwnie. Przynajmniej lepiej niż gdyby mówiłby to mój tata, lub mama. Ale to wszystko, co powiedziała o tej dziewczynie było prawdą. W kawiarni siedziała długowłosa piękność, o brązowych loczkach, które znam, znam i uwielbiam.
- Sawanna. – wymsknęło mi się samowolnie. Dziewczyna odwróciła się do nas, a jej mina z wesołej przerodziła się w nieopisane zdziwienie i panikę.
- Niall. Miło cię widzieć.  Po raz kolejny.  Dzisiaj. – powiedziała nieco skrępowana. Ciocia przyglądała nam się ze śmieszną miną. Chyba nie wiedziała co powiedzieć.
- Znamy się ciociu. Chodzimy do tej samej szkoły. – powiedziałem
- Tak, oczywiście wiedziałam o tym. Chodzicie do tej samej szkoły, musicie się znać. – potem odeszła i poszła zamówić kawę.
- Tego się nie spodziewałam.
- Szczerze, to ja też. Zabawne, nie?
- Niby co?
- To, że akurat ciocia wybrała mnie i ciebie. Myślisz, że coś knuje? – zapytałem dziewczyny, która wpatrywała się na zmianę w filiżankę z kawą i w punkt za moimi plecami.
- Wszystko jest możliwe. Ona jest nieprzewidywalna.
- Taaa. To co masz jakieś palny, co chcesz zobaczyć?
- Kilka miejsc. Nic szczególnego, mam tylko nadzieje, że trafi nam się przynajmniej jeden słoneczny dzień.
- Ja też. – odpowiedziałem. Nie mogłem wciąż uwierzyć, że dziewczyna z którą spędzę cały cudowny tydzień w Londynie to Sawanna. Los mi chyba sprzyja. Już nie mogę się doczekać następnego dnia. Po chwili pojawiła się ciocia ze swoją olbrzymią kawą i usiadła przy naszym stoliku.
- To co zamierzacie robić w czasie kiedy ja, urodzona redaktorka będę przeprowadzała wywiad z najpopularniejszą osobą świata?
- Rozejrzymy się, pospacerujemy, pozwiedzamy… - znów nie dała mi dokończyć tylko wybuchła.
- Człowieku, to jest Londyn, trzeba się zabawić. A nie zwiedzać. Nie wiem co jest nie tak z tym pokoleniem. – powiedziała i upiła łyk kawy.
-  Będziemy się bawić, jak nigdy. – powiedziała po chwili Sawanna z cwaniackim uśmiechem. Zaczyna się robić dziwnie. Czy ja nie wiem o jakimś spisku? W prawdzie to kobiety, ich się nie da zrozumieć. Postanowiłem, że tego nie skomentuje.
Gdy dziewczyny skończyły kawy i babskie pogaduchy, których już miałem dosyć, mogliśmy w końcu ruszać do wyjścia. Weszliśmy na pokład samolotu po długim wyczekiwaniu w kolejce i jeszcze dłuższym szukaniu bilety cioci, która zaklinała, że na sto procent włożyła go do tylnej kieszeni swojej torebki. Po przeszukaniu jej całej, okazało się, że bilet był w portfelu, który cały czas trzymała w dłoni. Odszukałem swoje miejsce, wpakowałem do schowka swój bagaż podręczny i usiadłem na wygodnym fotelu irlandzkich linii lotniczych. Miałem miejsce obok jakiegoś starszego pana, który popijał czerwone wino i smarkał w chawtowaną chusteczkę między czasie. Spoglądałem na niego od czasu do czasu, czujnie obserwując, gdzie odkłada chusteczkę, bo zawsze było to inne miejsce. Nie chciałem się na nią przypadkiem natknąć. Dziewczyny siedziały razem, przede mną, znów plotkując o super przystojniakach i o tym co sobie ostatnio kupiły. Zapowiadał się naprawdę ciekawy lot.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 10

Nialler

Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Dobra to nie było rano. Była już trzecia po południu. Krzyknąłem proszę i opadłem z powrotem na poduszkę.
- Cześć stary. – usłyszałem głos swojego przyjaciela
- Hey Conor. – powiedziałem odwracając się przodem do niego. Wtedy zauważyłem, że przed moim łóżkiem stoi Sawanna.
- Cześć. – powiedziała cicho. – usiadłem na łóżku. Nawet nie zmieniłem od wczoraj ubrania.
- Jak się czujesz? – spytałem ją, ale widać było, że całkiem nieźle.
- Jest dobrze. Przynajmniej żyję. – uśmiechnęła się.
- Co stało się z twoim głosem?
- To przez tą wodę w jeziorze. Była zanieczyszczona i widzisz bakterie zrobiły swoje.
- Cieszę się, że jesteś cała. – spojrzałem na nią i widziałem na jej twarzy coś, czego nie potrafiłem wytłumaczyć. Widziałem gniew? Dlaczego? Chciałem porozmawiać z nią na osobności, ale nie mogłem tak po prostu spławić Conora.
- Jak się tu znalazłaś? – zapytałem po chwili
- Conor mnie przyprowadził. – wyjaśniła
- Próbowałem się do ciebie wczoraj dodzwonić, ale nie mogłem, wiec Amelia dała mi numer Sawanny. I zadzwoniłem do niej. Okazało się, że wydarzył się mały wypadek, a wtedy Saw poprosiła mnie, żebym z nią do ciebie przyszedł.
- Mój telefon się utopił. – oznajmiłem. Nie miałem nic więcej do powiedzenia. Conor jeszcze tylko chciał się upewnić czy wszystko na pewno jest w porządku. Wiedział, że mamy z Sawanną sprawy do omówienia, więc wrócił do domu.
- Trzymaj się, wpadnę jeszcze wieczorem. – powiedział na koniec i wyszedł.
Siedzieliśmy w ciszy. Patrzyliśmy się na siebie i, no właśnie nic. Potem ujrzałem pojedynczą łzę spływająca po jej policzku.
- Hey, nie płacz. – powiedziałem i podszedłem do niej, klękając przy fotelu na którym siedziała.
- Nie każdy by się na to zdobył. – powiedziała tylko i zalała się łzami. Postanowiłem ją przytulić i pozwolić wypłakać w ramie, bo nic innego mi nie pozostało. Gdy w końcu przestała zaproponowałem:
- Przejdziemy się, spacer dobrze nam zrobi. – potaknęła tylko i wytarła twarz w chusteczkę.
        Szliśmy uliczkami w mojej okolicy. Sawanna chyba znów próbowała powstrzymać atak płaczu. Wciąż  miała ten sam wyraz twarzy, jaki miała w moim domu. Nie chciałem owijać w bawełnę, wiec po prostu się spytałem.
- Czemu jesteś zła?
- A czemu miałabym nie być? – nie rozumiałem jej. Na co była wściekła?
- O co chodzi? – zatrzymałem się i zmusiłem ją do tego samego. Spojrzała mi w oczy.
- Nie rozumiesz.
- Nie.
- Jestem zła, bo sama stwarzam problemy, przez które ludzie muszą cierpieć.
- Kto niby cierpi? – zapytałem. Że niby ja?
- Tak ty, wiem co ci chodzi po głowie.
- Wiesz, że to nie prawda. Wykąpałem się i tyle.
- Jestem niezdarą. Zaczyna mnie to irytować, zawsze musze coś spieprzyć.
- Nie mów tak. Wypadki się zdarzają. Uważam, że winę ponosi ten łabędź, a nie ty. – uśmiechnąłem się do niej łagodnie. Dziewczyna nie wiedziała co odpowiedzieć. Usiadła na krawężniku.
- Kiedy wyszłaś ze szpitala? – zapytałem po chwili
- Dziś rano. Zrobili wszystkie badania, chcieli mnie jeszcze zatrzymać na jeden dzień, ale ja tam nie mogłam dłużej wytrzymać.
- Tak jak ja. Nie lubię szpitali. Coś nas łączy.
- Nienawiść. – powiedziała. Uśmiech momentalnie zginął z jej twarzy. W sumie, na to wyglądało.
Nie potrafiłem jej zrozumieć. Widać było, że coś ją trapi, ale nie chciała nic powiedzieć. Patrzyłem się na nią przez dłuższy czas, czekając na jakikolwiek znak jej obecności tutaj. Po paru minutach w końcu się odezwała – Dziękuję. – dodała.
- Nie ma za co. – uśmiechnąłem się do niej i objąłem ramieniem.
- Niall, uratowałeś mi życie. Ty to nazywasz niczym?
- W prawdzie to tak, ale co by było jakbym nie umiał pływać?
- W tej sytuacji, to ja nie potrafiłam pływać. I chyba już nigdy nie wejdę do wody.
- Yyy, jesteś tego pewna?  Kupie ci na wszelki wypadek zapas dezodorantu na urodziny.
- Nie o to mi chodziło. Głupek. – w końcu się uśmiechnęła, a potem wybuchliśmy śmiechem. Jej desperacja, przeobraziła się w nieopanowany napad radości. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy nie, ale jeszcze śmiech nikomu nie zaszkodził. Minęła godzina, dwie, trzy. My wciąż krążyliśmy po okolicy. Postanowiliśmy wracać do domów.
- Wyjeżdżasz gdzieś? – spytałem
- Tak, choć nie wiem czy mam wciąż ochotę.
- Zmiana otoczenia na pewno ci się przyda. Ja też wyjeżdżam. Spotkamy się ponownie w szkolę.
- Mam nadzieje, że te ferie miną mi miło.
- Na sto procent. Mówię ci to. Napisze do ciebie ja tylko dorobię się nowego telefonu.
- Obiecujesz?
- Obiecuje.
Odprowadziłem ją pod dom i wróciłem do swojego.
---------------------------------------------------------------------------
W końcu nowy rozdział. Mamy nadzieję, że wam się podoba i czekamy na opinie. :) Może macie jakieś pomysły na dalszy przebieg wydarzeń? Jakieś uwagi?
                                                                                                                D&M

piątek, 25 stycznia 2013

Rozdział 9

Nialler

Leżałem na łóżku, tyle że pośrodku korytarza po którym krzątali się lekarze i pełno innych zdezorientowanych ludzi. Nagle jedna z pielęgniarek spostrzegła, że się obudziłem i podeszła do mnie.
- Jest pan… - nie dałem jej dokończyć. Dobrze wiedziałem gdzie jestem i z jakiego powodu. Jedyne co mnie interesowało to Saw.
- Gdzie jest Sawanna? – spytałem
- Ta dziewczyna, z którą cię tu przywieziono? – zapytała
- Tak ta dziewczyna.
- Spokojnie, nic jej nie jest. Miała przeprowadzane badania, wszystko jest w normie. – ta wiadomość poprawiła mi znacznie samopoczucie.
- Pan będzie mógł wyjść jeszcze dziś. Tylko jeszcze zmierzę ciśnienie i przekaże wyniki lekarzowi, który wypisze wypis.
- A mogę ją odwiedzić? – spytałem
- Nie teraz, potrzebuje odpoczynku. Na pewno będziecie mieli szanse się jeszcze spotkać. – uśmiechnęła się do mnie, wykonała badanie i odeszła.
Leżałem bezczynie zamęczając się myślami, jak to się stało, że Sawanna wpadła do tego cholernego jeziora. Nie znalazłem żadnego sensownego wytłumaczenia, tylko to, że nie powinna kucać na samej krawędzi pomostu i być uważniejszą. Dobrze, że nic złego się nie wydarzyło. Ostatecznie zgoniłem wszystko na chciwego i samolubnego łabędzia i czekałem, aż w końcu zjawią się moi rodzice i zabiorą mnie do domu. Nie chciałem zostawiać tu Sawanny samej, zwłaszcza, że jutro wyjeżdżam. Musiałem jeszcze wymyślić sposób na spotkanie się z nią przed wyjazdem.
Nie miałem totalnie nic do roboty. Mój telefon przepadł. Na pewno leży gdzieś na dnie jeziora. Nie było wtedy czasu na przejmowanie się nim. Mam nadzieje, że doczekam się szybko nowego.
Przyglądałem się ludziom na korytarzu. Każdy czekał z niecierpliwością na lekarza, lub jakąkolwiek osobę, która w końcu przekaże im jakąś wiadomości o stanie najbliższych. Co jakiś czas obok mnie przewożono chorych i kierowano ich do innych sal. Nienawidzę szpitali i tego zapachu. Czuje się tu tak nieswojo. Wszystko jest takie zimne. Obce. Nie wiem jak ludzie wytrzymują tu na dłuższą metę. Ja bym nie potrafił. Choć chorym to jest chyba obojętne. Po godzinie miałem ochotę uciec. Zastanawiałem się gdzie są moi rodzice i czy w ogóle ich powiadomiono. Zaczęło mnie mdlić. Postanowiłem poszukać toalety. Wstałem z łóżka i skręciłem w prawo. Za rogiem był jeszcze większy chaos, niż tam gdzie leżałem. Przedzierałem się przez tłum ludzi. Jakaś para wtulona w siebie siedziała na ławce i płakała. Jeden z mężczyzn o długich szarych włosach i brodzie stojących i podpierających ścianę, był tak blady, że można było by uznać go za trupa gdyby nie to, że wciąż stoi. W końcu znalazłem swój cel. Wszedłem do łazienki i zamknąłem drzwi za sobą. Usiadłem na posadzce. Bił od niej miły chłód. Oparłem głowę o ścianę i zamknąłem oczy. Za dużo zamieszania jak na jeden dzień. Tu jest mi o wiele lepiej. Sam, w ciszy, z dala od wszystkiego. Może to nie było najlepsze miejsce, bo wciąż to toaleta w miejscu publicznym, a ja siedzę w niej na podłodze i modlę się do muszli klozetowej, ale zdecydowanie lepsza od szpitalnego korytarza. Po chwili zrobiło mi się lepiej. Przestało mnie mdlić. Chciałbym wrócić do domu. Przemyłem twarz zimną wodą i wróciłem na korytarz. Nie wiem ile siedziałem w łazience, ale pomieszczenie świeciło pustkami. Pytam się w myślach, co stało się z tymi wszystkimi ludźmi. Chyba nagle nie wyparowali. Podszedłem do recepcji i zauważyłem zaniepokojonych rodziców, którzy mnie wszędzie szukają. Czemu nie zajrzeli do łazienki? To chyba pierwsze miejsce gdzie człowiek w szpitalu by poszedł. Podszedłem do nich i błagałem tylko by zabrali mnie do domu. Podpisali jakieś papierki i w końcu trafiłem do samochodu. Przez to wszystko dopiero teraz przypominam sobie o Sawannie. Miałem się z nią spotkać. Nie mam na nic kompletnie siły. Chciałem do niej zadzwonić, ale po pierwsze nie mam telefonu, po drugie jej numeru, a po trzecie ona zapewne śpi. Postanowiłem zrobić to samo i położyć się do łóżka. Spotkam się z nią jutro jeszcze przed wyjazdem. Położyłem się i wystarczyła chwila, żebym zasnął.

wtorek, 22 stycznia 2013

Rozdział 8

Nialler

Kierowaliśmy się w stronę nie dużego jeziora w centrum parku. Dzisiaj cały teren został specjalnie ozdobiony kolorowymi lampkami umieszczonych na koronach drzew i wokół pni. Gdy zaczęło już się ściemniać, rozjaśniały uliczki. Porozstawiano także małe budki, w których można było wypożyczyć sobie koc i kosz piknikowy z prowiantem.
- Hey, to może wypożyczymy jeden? – spytałem się dziewczyny, której pomysł się spodobał. Całe szczęście, bo zacząłem robić się już głodny. Wypożyczyliśmy jeden i rozłożyliśmy koc blisko jeziora, tak, aby można było podrzucać pływającym kaczką i łabędzią kawałki chleba.
- Na co masz ochotę? – zapytałem Sawanne przeglądając zawartość koszyka.
- A co tam jest?
- Mamy kanapki z serem, warzywami, z mięsem, jakieś zielsko, chipsy, orzeszki i …
- Żelki! – krzyknęła, wyjmując je z kosza.
- Spokojnie. – powiedziałem, a Saw już przeżuwała pierwszego żelkowego misia.
- Sorry, ale kocham żelki. – mówiła do mnie, wciąż go przeżuwając.
- Wariatka. – odpowiedziałem cicho się śmiejąc. Wyciągnąłem jedną kanapkę i zacząłem ją pożerać, w obawie, że zaraz zacznie mi burczeć w brzuchu tak głośno, że ludzie w obrębie dwóch kilometrów mogliby to usłyszeć.
-Conor jest fajnym kolesiem, co? – dziewczyna spytała mnie po chwili.
- Tak, a o co chodzi? Podoba ci się? – spytałem, mając głęboką nadzieje, że to nie prawda. Ale raczej gdyby tak było, poszła by z nim i Amelią oglądać Harrego Poterra.
- Definitywnie nie. Tak po prostu pytam. – odpowiedziała urywając. Rozmowa jakoś nie chciała się kleić, może dlatego, że czuliśmy się nieswojo w swoim towarzystwie. Tak naprawdę to, pierwszy raz zostaliśmy na osobności sami przez dłuższy czas. Postanowiłem szybko coś wymyślić, żeby nie było drętwo.
- Zagrajmy w coś. – zaproponowałem po chwili.
- W co chciałbyś zagrać? – zapytała zaintrygowana.
- Prawda czy wyzwanie? – powiedziałem po zastanowieniu się.
- A co takiego chciałbyś o mnie wiedzieć? – zbliżyła się do mnie i uniosła brwi.
- Czy ci się podobam? – nie zdążyłem ugryźć się w język, zanim cokolwiek powiedziałem. Jej oczy mnie zahipnotyzowały. Dziewczyna odruchowo się cofnęła i poczerwieniała. Nie wiedziałem, czemu i chyba nie było mi dane się dowiedzieć.
- Niech zostanie to tajemnicą, dobra?
- Nie wiem ile wytrzymam. – odpowiedziałem.
- A ty?
- Co ja?
- Podobam ci się? – zapytała ponownie się zbliżając.
- To się okażę.
- Hah. – zaśmiała się i położyła na kocu. – To tak sobie ze mną pogrywasz, okey.
- Tak samo jak ty ze mną. – odpowiedziałem broniąc się.
- Ile miałeś dziewczyn? – rzuciła po chwili. Jej pytanie mnie zaskoczyło, ale postanowiłem odpowiedzieć.
- Sześć, nie licząc tych z przedszkola, wiesz byłem przystojniakiem.
- Zapewne, zresztą wciąż nim jesteś – zaśmialiśmy się razem. - Czemu nie jesteś żadną z nich teraz? – spytała poważniejszym tonem.
- Po prostu żadna z nich nie była tą jedyną.
- Coś o tym wiem. – uśmiechnęła się smutno.
- Ty też nie spotkałaś swojego księcia z bajki?
- Powiedzmy że to on nie z nalazł we mnie swojej księżniczki. – dziewczyna nie miała ochoty dalej o tym mówić, widziałem to w jej oczach. Pozostawiłem nie drążyć tematu. Siedzieliśmy w ciszy. Potem Sawanna usiadła, wzięła kawałek pieczywa, wstała i odeszła kawałek dalej, by przywołać ptaki.
- Chyba się ciebie boją. – powiedziałem, a ona tylko wytknęła język. Weszła na pomost, który prowadził przez prawie sam środek jeziora na przeciwległy brzeg. Stanęła na mniej więcej jego połowie i przykucnęła na samej jego krawędzi. Ptaki zaczęły podpływać, kiedy jeden łabędź wtargnął między kaczki, kierując się chęcią zabrania  pożywienia i czym szybciej chciał odebrać przeciwnikom kawałek chleba. Sawanna wciąż trzymała kromkę w ręku, gdy łabędź nieoczekiwanie napadł na jej rękę i zabrał swój cel. Dziewczyna zachwiała się i z głośnym pluskiem wpadła do wody.
- Sawanna! – krzyknąłem, szybo zdjąłem bluzę i buty w biegu. Rzuciłem je na trawę i czym prędzej pobiegłem dziewczynie na ratunek. Wbiegłem na pomost, ale nie widziałem żadnego śladu po niej. Wskoczyłem za nią. Zanurkowałem. Jezioro było dość głębokie. Zauważyłem Saw, która była już pół metra pode mną. Podpłynąłem do niej i objąłem ją jedną ręką za talię. Wypłynąłem z nią na powierzchnię. Zaczerpnąłem powietrza. Chwilę potrwało, aż zorientuję się gdzie jestem. Kilka osób stało już obok jeziora, a jedna z nich płynęła już w naszym kierunku. Pomogli mi ją wyciągnąć na brzeg. Sam wyszedłem z wody i uklęknąłem obok niej. W sumie to nie miałem pojęcia co teraz zrobić. Jeden mężczyzna uklęknął po jej drugiej stronie i zaczął resuscytację.
- Będziesz robił wdechy. – rozkazał mi, a ja posłuchałem. Starałem sobie przypomnieć lekcje edukacji dla bezpieczeństwa, na których w nieskończoność powtarzaliśmy to co powinniśmy robić w takiej sytuacji. Wiedziałem, że muszę jej pomóc. Wykonywałem wdechy, tak jak tysiące razy wcześniej na zajęciach, po tym jak mężczyzna skończył uciskać jej klatkę piersiową. Całość to był jeden wielki zamęt. Słyszałem jak jakaś kobieta z tyłu dzwoni po karetkę, zdaję sprawozdanie z tego co się stało. Nic więcej nie pamiętam. Reszta to były tylko urywki, obrazy z tej sceny. Chyba sam  po jakimś czasie zemdlałem, bo gdy mnie od niej odsunęli upadłem na ziemię. Potem obudziłem się w szpitalu.
-----------------------------------------------------------------------------------
Mamy następny rozdział.Odpowiadajcie na pytania pod postem Liebster award i bierzcie udział w ankietach. Mamy nadzieje, że wam się podoba. Bunty zgłaszać w komentarzach. Jeżeli ktos chciałby być informowany o nowych wpisach wystarczy napisać w komentarzu. D&M

Liebster Award

Hej! Zostałyśmy nominowane do Liebster Award! Przez http://opko-onedirection.blogspot.com/, postanowiłyśmy nie zwlekać i odpowiedzieć na wszystkie pytania jak najszybciej! Pytania odpowiedzi znajdziecie niżej :) Wybaczcie, że my nikogo nie nominujemy ale chciałybyśmy zrobić to w trochę inny sposób, a przy okazji poznać naszych czytelników, więc my tutaj podajemy pytania a wy odpowiadajcie w komentarzach! Czekamy!


Tak na marginesie, następny rozdział powinien pojawić się jutro albo nawet jeszcze dzisiaj! :)
 
 Pytania do was:
1. Najgłupsza rzecz jaką zrobiłaś/eś?
2. Ulubiona książka, film, serial?
3. Opisz siebie w dwóch zdaniach.
4. Ulubiona piosenka?
5. Ulubiony kolor?
6. Piszesz własnego bloga? Jeśli tak, proszę bardzo, podaj jego nazwę!
7. Ulubieniec z 1D? ;)
8. Ulubiona piosenka 1D?
Nasze odpowiedzi:
 
1. Co chcesz w życiu osiągnąć?
Hm, jesteśmy całkiem podobne na pewno chciałybyśmy mieć dobrą prace, do której będziemy z chęcią chodzić. Obie chciałybyśmy mieszkać w Londynie w wymarzonym domku blisko centrum.
2. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
Diana: NIEBIESKI
Miśka: Fioletowy, szary
3. Masz jakiegoś zwierzaka?
koty, koty, koty
4. Kogo najbardziej lubisz z One Direction?
Diana: NIALL <3
Miśka: Hm, Niall ale do tego się nie przyznam z powyższego powodu haha, więc Liam.
5. Dlaczego piszesz bloga?
Piszemy bloga, ponieważ to jest sposób na wywalenie wszystkich naszych myśli, które czasem są dziwne i nas przerażają. Możemy stworzyć coś fajnego, dobrze się przy tym bawiąc.
6. Co byś zrobiła gdybyś wiedziała, że za 24 godziny ma nastąpić koniec świata?
Zrobiły byśmy wszystko o czym marzymy. I wszystko co by nam wtedy wpadło do głowy. wyznały wszystkie tajemnice i sekrety. Ja (Diana) z pewnością bym się jeszcze wyspowiadała xd. A ja (Miśka) ruszyła bym na swoje ostatnie zakupy i po raz ostatni obejrzała SKINS US.
7. Jakie jest Twoje marzenie?
Żeby wszystkie nasze marzenia się spełniły :)
8. Gdybyś miała okazję umówić się z jakąś gwiazdą kto by to był?
Diana: NIALL HORAN!
Miśka: Daniel Flaherty
9. Najbardziej szalona rzecz jaką zrobiłaś w swoim życiu to?
Diana: Rozebrałam się na środku ulicy.
Miśka: Nie wiem, wiele tego było ale w tym momencie nic nie przychodzi mi do głowy.
10. Ulubiona Piosenka
CHŁOPAKÓW:
D&M: zdecydowanie Little Things
OGÓLNIE:
Diana: Ed Sheeran - Give me love
Miśka: Wiele! ale ostatnio Shout w wykonaniu Stanley'a
11. One Direction proponuje Ci występ w swoim teledysku, zgadzasz się czy odmawiasz?:D
OCZYWISCIE ZE SIE ZGADZAMY!




czwartek, 17 stycznia 2013

Rozdział 7

Nialler

- Hey Niall. – przywitała mnie Sawanna z ciepłym uśmiechem na twarzy.
- Cześć dziewczyny, wy też tutaj, w parku, co za zbieg okoliczności. – zacząłem się stresować, przy czym wszystko zaczęło mi się plątać.
- Taa, przeczytałam dzisiaj rano, że będzie tu festyn, puszczą wszystkie części Harrego Pottera i jeszcze odwiedzi nas sam Devon Murray. Dawno nic ciekawego się tu nie działo… - Amelia zalała mnie słowotokiem, ale nie mogłem skupić się na żadnym jej słowie. Wszystko to przyćmił mi wygląd Sawwany. Pomimo dość chłodnego wiatru, który jesienią u nas jest praktycznie zawsze, miała na sobie prześliczną sukienkę sięgającą do połowy ud w kolorze bordowym, w którym wyglądała, no nie powiem, naprawdę niesamowicie. Do tego miała krótką, skórzaną, czarną kurtkę i wysokie buty.  Na sam widok miałem ochotę zjeść ją wzrokiem. Kiedy Amelia zaczęła wymachiwać mi ręką prze nosem ocknąłem się.
- Myślałam, że wpadłeś w trans, czy coś. – zaśmiała się blondynka
- Wciąż tu jestem. – wymamrotałem i wiedziałem że jestem już czerwony na twarzy.
- Jesteś sam? – spytała po chwili Sawnna.
- Tak właściwie to z kolegą. – zacząłem nerwowo rozgadać się dookoła w poszukiwaniu Conora, aż w końcu znalazłem go w tym samym miejscu, gdzie był kilka minut temu. – Tam. – wskazałem palcem na przyjaciela.
- To może po niego pójdziemy?- zapytała ta ruda dziewczyna, którego imienia nie znam.
- Jasne. – odpowiedziałem i ruszyliśmy.
Conor już chyba większego idioty z siebie nie mógł zrobić. Przy nim ja, to pestka. Siedział na krześle z zamkniętymi oczami na których miał jakieś, nawet nie wiem co to właściwie było, a jakaś kobieta, wyglądająca jak z Hogwartu malowała mu taką samą bliznę na czole w kształcie pioruna, jaką ma Harry Porter.
- Super. – powiedziałem sam do siebie zasłaniając oczy rękoma. W pewnym momencie Amelia wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie chłopakowi, który nie zdawał sobie najmniejszej sprawy z tego, że jest obserwowany przez trzy laski, a jedna z nich mu się podobała
- Idealne na profilowe na facebooka. – powiedziała dziewczyna, po czym wszyscy wokół zaczęli się śmiać. Chłopak po chwili zorientował się, że coś jest nie tak i zdjął gluta z oczu. Spojrzał na dziewczyny, a potem zmroził mnie wzorkiem. Ja tylko uniosłem ręce, wzdrygnąłem  ramionami i poruszyłem ustami składając je w jedno słowo jakie mi teraz się nasuwało - SORRY. Może nie było to jedyne słowo jakie miałem wtedy w myślach, ale chyba najodpowiedniejsze w tej sytuacji.
- Cześć dziewczęta. – powiedział spokojnym tonem Conor z dużym naciskiem na dziewczęta i skierowanym wzrokiem na mnie. Nie mogłem powstrzymywać już dalej śmiechu, więc wybuchłem, a wtedy Conor zaatakował mnie od tyłu, waląc mnie po plecach pięściami.
- Dobra, już dobra opanuj się, damy na nas patrzą. – powiedziałem już opanowany, choć wciąż miałem na twarzy wielkiego banana. Dziewczyny też chichotały cicho i chyba bardziej rozśmieszył ich atak chłopka na mnie, niż to całe mazidło na jego twarzy.
 Przyjaciel stanął obok mnie i tylko szepnął:
- Zginiesz z tych oto rąk. – rozłożył swoje ręce i ścisnął mocno dłonie.
- Już się boję. – odgryzłem się.
- Ooo i dobrze, bardzo dobrze . – odpowiedział rozłoszczonym tonem. Po chwili naszą cichą wymianę zdań przerwała Amelia:
- Zaraz puszczą pierwszą część Harrego, nie chce jej przegapić, ktoś chętny pójść ze mną.
- Ja. – usłyszałem głos przyjaciela, z wciąż wyczuwalną nutką wrogości wycelowaną do mnie.
- Świetnie. – powiedziała dziewczyna z uśmiechem i wzięła Conora za rękę. – Tak po za tym uważam, że wyglądasz uroczo z tym piorunem na czole. Dodaje ci męskości. – dziewczyna paplała i paplała, w końcu chłopak pociągnął ją za rękę w stronę wielkiego telebimu, nie odwracając się już w naszym kierunku. Gdy odeszli już na bezpieczną odległość, dziewczyny znów zaczęły się śmiać. Nie mogąc się oprzeć śmiałem się razem z nimi, bo naprawdę nie wiedziałem co teraz zrobić. Zostałem sam na polu bitwy i musiałem sobie jakoś poradzić.
Nagle za pleców ‘’Rudej” wyłoniła się postać chłopaka, który po chwili objął dziewczynę od tyłu całując ją w szyję.
- Gotowa? – spytał ją, a dziewczyna odwróciła się do niego przodem i pocałowała w usta.
- Oczywiście że tak. – odpowiedziała i ponownie odwróciła się w naszą stronę. – To jest Matt, a to Niall. – przedstawiła nas, a my podaliśmy sobie ręce
- Nie będziesz miała nic przeciwko jeśli zostawię cię tu z nim sama, prawda – zwróciła się do Sawanny
- Na pewno nie zginę. – odpowiedziała i uśmiechnęła się do mnie. Ja odwzajemniłem uśmiech i zwróciłem się do zakochanej pary:
- Nie martwcie się odprowadzę córkę do domu przed 12. Nic się jej nie stanie. – chłopak tylko powiedział do mnie dzięki i zabrał swoją dziewczynę. Chyba był mi wdzięczny za to, że zdjąłem mu nie potrzebny problem z głowy i mógł pomigdalić się z dziewczyną na osobności.
- To co, przejdziemy się? – po chwali zaproponowała Sawanna.
- Jasne.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszamy, że tak długa czekaliście, ale mamy zbyt mało czasu, choć mamy ferie. Na pewno to nadrobimy. Pamiętajcie głosować w ankietach :) Zostawcie także komentarze :)

niedziela, 6 stycznia 2013

Rozdział 6


Nialler

Wstałem około godziny jedenastej. Poszedłem do łazienki i umyłem się. Zszedłem na dół i zauważyłem mamę pakującą moja walizkę. Cieszyłem się na wyjazd. Londyn jest wspaniałym miastem. Byłem tam dwa lata temu. Oczywiście nie tylko to mnie cieszyło. Miałem spędzić tydzień z ładną dziewczyną. No fakt nie wiem kto to, nigdy jej nie widziałem. Ale ciocia opowiadała mi o niej. Jeśli jest tak ładna i miła jak mówiła to na pewno będę zadowolony z wyjazdu.
- O nareszcie wstałeś. Śniadanie masz na stole. - powiedziała mama.
- Zimne?
- No a co ty myślisz, że przez dwie godziny by nie wystygło?
- Trzeba było mnie obudzić. - powiedziałem pod nosem i poszedłem do kuchni zjeść.
Na stole stał talerz z zimnymi parówkami w serze, złapałem za niego i wrzuciłem jedzenie do kosza. Podszedłem do lodówki, otworzyłem ją i zastanawiałem się co zjeść.
- Modlisz się do tej lodówki? - powiedziała mama. Nie odpowiedziałem chwyciłem ser wyjąłem go i podszedłem do blatu. Po chwili mama znowu zaczęła. - Ubierz się. Mówiłam ci żebyś nie chodził po domu w samych bokserkach. Mam nadzieje, że chociaż w tym Londynie nie będziesz się obnażał.
- Nie moja wina, że tak mi wygodnie.
- Zawsze musisz być taki opryskliwy z rana? - powiedziała i spojrzała się na mnie wymownie.
- Nie wyspałem się.
- Wstałeś prawie w południe i się nie wyspałeś? Tak to jest jak chodzi się spać o tak późnych godzinach.
- Wcale nie poszedłem późno spać. - powiedziałem ziewając.
- Jak dla ciebie druga czy trzecia w nocy to nie jest późno...
- Dobrze mamo daj już spokój.
- Idę zrobić pranie. A no tak! Zapomniałabym, jak zjesz idź tacie pomóc przy samochodzie.
- Coś się stało?
- Nic, tylko macie wymienić opony.
- Tak szybko?
- Wczoraj zapowiadali śnieg na przyszły tydzień.
- No okej... - powiedziałem obojętnie i sięgnąłem po chleb z tostera.
- Ała! Cholera jakie gorące! - krzyknąłem i rzuciłem tosty na talerz.
- Niall nie wyrażaj się!
- Dobrze, dobrze nie denerwuj się mamo.
Nałożyłem na tosty ser, polałem keczupem i usiadłem przy stole. Szybko  zjadłem śniadanie. Usiadłem na chwilę i włączyłem komputer. Wpisałem w wyszukiwarkę facebook i po chwili się zalogowałem. Miałem jedną nie przeczytaną wiadomość. Otworzyłem skrzynkę odbiorczą i przeczytałem. Wiadomość była od Vanessy, mojej koleżanki ze szkoły. Dziewczyna codziennie mnie zamęczała. Wypisywała jakieś głupoty, miałem już jej dość. Nie chciałem ciągnąć tej znajomości, ale nie miałem odwagi jej tego powiedzieć. Vanessa jest we mnie zakochana po uszy, przynajmniej tak twierdzi. Jest całkiem ładna, ale moim zdaniem to kolejna dziewczyna, która leci na to, że gram w szkolnej drużynie. Każda dziewczyna, z którą byłem okazywała się szczerze mówiąc, pustą lalą. Najważniejszy był dla nich popularność i imprezy. Dawno z nikim nie byłem. Nie dlatego, że nie chcę, ale potrzebuję dziewczyny, w której tak naprawdę się zakocham. Takiej, która będzie i mądra i ładna. Niestety jak na razie takiej nie spotkałem, albo w ogóle takie nie istnieją. Postanowiłem nie odpisywać Vanessie. Stwierdziłem, że może da mi wtedy spokój. Zauważyłem, że jest dostępna i szybko się wylogowałem, żeby znowu do mnie nie niedopadła. Wyłączyłem komputer i zszedłem na dół. Wszedłem do salonu i zauważyłem tatę siedzącego w fotelu z ulubioną gazetą. Zawsze w niedziele o tej porze czytał. Mówił, że to jedyna chwila dla niego kiedy nie musi iść do pracy i może się zrelaksować. Dlatego postanowiłem mu nie przeszkadzać. Położyłem się na kanapie, chwyciłem za komórkę i zacząłem grać w angry birds. Po chwili tata skończył czytać i odłożył gazetę.
- Mama mówiła, że mamy wymienić opony czy coś.
- No tak dobrze, że mi przypomniałeś. Chodź, szybko je zmienimy, bo później mama chce jechać na zakupy. Jak się nie wyrobimy to mnie zabije. - powiedział tata i uśmiechnął się do mnie. Ubraliśmy się i wyszliśmy przed dom. Tata otworzył garaż i przynieśliśmy opony i klucze.
- I co tam? Jak sprawy miłosne? - zapytał tata z uśmiechem odkręcając oponę.
- Co, zebrało ci się na męską rozmowę? - odrzekłem również z uśmiechem.
- No kiedyś trzeba. To jak? Dawno żadnej dziewczyny nie przyprowadzałeś do domu. Nialler, może zmieniłeś orientację? - powiedział tata i zaśmiał się.
- Tak jasne, a Conor to mój chłopak. Wiesz co, ty jak czasem coś wymyślisz to można się załamać. Po prostu nie poznałem żadnej odpowiedniej.
- Widzę wybredny jesteś. Masz to po swojej mamusi.
- Nie, po prostu chcę żeby to był ktoś wyjątkowy.
- Dojrzałeś synu. - powiedział tata i klepnął mnie w plecy.
- Już jakiś czas temu.
- No to masz po mnie.
- Ale co? - spytałem.
- Dojrzałość.
- Haha na pewno! Mama opowiadała mi jaki byłeś w młodości.
- Ta to ma długi język. - powiedział tata śmiejąc się.
- Kto ma długi język? - nagle za naszymi plecami pojawiła się mama.
- Nikt, nikt. - odpowiedział szybko tata,
- Wszystko słyszałam! - powiedziała mama z uśmiechem uderzając tatę ścierką, którą trzymała. - Pośpieszcie się chłopcy chcę przed piątą wrócić z zakupów. - powiedziała i wróciła do domu.
-Ta mama. Nie dziwię się, że jesteś taki wybredny. Ja na twoim miejscu też bym uważał, żeby nie trafić na taki typ jak mama. Takie są najgorsze.- powiedział tata śmiejąc się razem ze mną. Lubię swoich rodziców. Mają poczucie humoru i nie są sztywni jak niektórzy. Bardzo rzadko się kłócą, a jeżeli już to robią to szybko się godzą. Uwinęliśmy się z tatą z oponami w godzinę. Musieliśmy jeszcze napompować zmienione. Później rodzice pojechali na zakupy. Ja włączyłem TV i położyłem się na kanapie. Po paru minutach postanowiłem zaprosić Conora. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do przyjaciela.
- Siema. Co robisz? Wbijaj do mnie. Zagramy w FIFE 12 na xboxie.
- No takiej propozycji nie można odmówić. Niedługo będę.
- Dobra czekam. - powiedziałem i rozłączyłem się. Oglądałem ''16 and pregnant'' na MTV. Zastanawiam się jak można być tak głupim i w wieku szesnastu lat zajść w ciąże. Zresztą niektóre laski w tym programie są tak okropne, że zastanawiam się, jak w ogółe ktoś chciał z nimi TO robić. Po chwili usłyszałem dzwonek do drzwi.
- WEJDŹ! - krzyknąłem na cały dom.
- Siema. To co gotowy na bolesną przegraną? - powiedział Conor rzucając kurtkę na fotel.
- Chyba ty! - odpowiedziałem i podałem mu jednego pada. Załączyliśmy grę i zaczęliśmy grać. Nie minęło pięć minut, a już strzeliłem gola koledze.
- Gool! I kto tu dostaje w tyłek!?
- Dobra, dobra zaraz się odegram! - opowiedział Conor. Graliśmy w ciszy po chwili Con zaczął. - Wiesz co stary powinnyśmy znaleźć sobie jakieś dziewczyny.
- Co, za długa przerwa już nie możesz wytrzymać bez ''potrzeb'' ? - zaśmiałem się.
- W sumie to też, ale wiesz o co mi chodzi.
- Aaa rozumiem spodobała ci się jakaś. Która to?
- Nie wiem czy znasz. Amelia ta z młodszej klasy.
- Nie kojarzę
- No taka blondynka. Siostra Jake'a.
- Aa trzeba było tak od razu. No może być.
- No nie mów, że ci się nie podoba.
- Nie mój gust.
- Nie twój gust? Od kiedy nie podobają ci się wysokie blondynki?
- Od kiedy odkryłem, że wszystkie są puste.
- Nie wszystkie. Mam nadzieje, że Amelia nie. - powiedział szczerząc się.
- Gadałeś już z nią?
- Nie jeszcze nie. To znaczy chciałem, szukałem jej w piątek, ale chyba jej nie było w szkole. A tobie która się podoba?
- Gooooool! 2:0! Ktoś tu nie umie grać. – wydarłem się unikając odpowiedzi.
- Daje ci fory.
- Tak, tłumacz się.
- Spadaj grubasie!
- Haha!
- To jak kto ci się podoba?
- Mi? Żadna.
- No a Sawanna? Myślałem, że ty z nią coś ten.
- Z Sawanna? Nie. To znaczy wydaje się miła, ale jest strasznie zdystansowana.
- Przesadzasz.
- Może. Zresztą nawet jej za bardzo nie znam.
- Też mi problem. Ja Amelii też nie znam i nie stwarzam problemu. Od kiedy ty się taki wybredny jesteś?
- Jesteś kolejną osobą, która mi to mówi.
- Widzisz czyli zastanów się nad tym. Sawanna to ładna laska. Fajne ma te loczki. Pogadaj z nią.
- Dobra, na razie to ja spędzę tydzień w Londynie z jakąś mam nadzieje ładną dziewczyną.
- Ej no właśnie. Wiesz kto to?
- Nie mam pojęcia. Ciotka coś tam o niej opowiadała.
- A jak ma na imię?
- No skąd mam wiedzieć?
- No twoja ciocia na pewno mówiła.
- Nie wiem, nie pamiętam.
- Jest! 2:1. Doganiam cię kolego!
- No, no. Poczekaj zaraz ci pokaże.
- Jasne.
Graliśmy tak jeszcze jakiś czas. W końcu przyszli moi rodzice. Właściwie tylko mama, bo tata pojechał do wujka.
- O cześć chłopcy.
- Dzień Dobry! - krzyknął Conor.
- Pewnie jesteście głodni. Zaraz wam coś zrobię.
- O tak! To jest dobry pomysł mamo.
Po paru minutach mama przyniosła nam cały talerz kanapek.
- Mam nadzieje, że będą smakowały. – powiedziała mama odchodząc.
- Tak jak zawsze proszę pani. – powiedział Conor
- To co, może gdzieś wyskoczymy – zapytałem biorąc kanapkę z talerza.
- Jasne, czemu nie. – odpowiedział Conor obojętnym tonem.
Szybko zjadłem kanapkę, wziąłem drugą do ręki i skierowałem się w stronę wyjścia. Conor po chwili do mnie dołączył. Założyłem buty trzymając w buzi kanapkę i narzuciłem na siebie grubszą bluzę. Krzyknąłem tylko mamie, że wychodzimy i wybiegliśmy na ulice.
- To co, jaki jest nasz dzisiejszy cel? – zapytałem
- Park? Podobno coś się tam dzisiaj dzieje.
- Niemożliwe. Tu coś się dzieje? – zapytałem z niedowierzaniem
- No to jak? – zapytał mnie ponownie kolega
- Jasne. – rzuciłem i ruszyliśmy w kierunku parku.
Gdy już doszliśmy, nad samym wejściem do parku wisiał szyld: Happy Birthday Devon Murray”. Przystanęliśmy na chwile przed nim, a potem usłyszałem krzyk Conora:
- Stary, ten koleś grał w Harrym Poterze! – chłopak stał wpatrzony z wielkim bananem na twarzy w zdjęcie Devon’a, które było umieszczone obok szyldu.
- Jakoś nie jestem wielkim fanem Harrego Pottera. – odpowiedziałem bez entuzjazmu.
- Wiem, ale ja jestem. Człowieku on jest tutaj, w naszym mieście, na tej samej ziemi na, której ja stoję, rozumiesz to!!! – chłopak krzyczał i biegał wokół mnie jak oszalały ciesząc się jak małe dziecko. Widząc jak robi z siebie pośmiewisko dla osób trzecich, podszedłem do niego i powiedziałem:
- Idioto opanuj się! Wszyscy się na ciebie gapią. – po chwili chłopak obrócił się dookoła i zobaczył grupę dzieci i jakiś starszych osób, które wpatrywały się na niego jak na co najmniej uciekiniera z psychiatryka. - Ciesz się, że nie ma tu żadnych fajnych lasek. – powiedziałem do niego i poszedłem dalej kierując się w głąb parku.
- Hey, czekaj na mnie! – krzyczał za mną, a ja tylko dodałem:
- Nie znam cię psycholu.
- Wielkie dzięki. – odpowiedział zrezygnowany.
Gdy już mnie dogonił postanowiliśmy dowiedzieć się więcej o tym co się tu dzieje.
- To kogo się pytamy? – zapytałem Conora. Nie słyszałem odpowiedzi, więc odwróciłem się w jego stronę, ale jego już przy mnie nie było. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem go siedzącego na krześle obok jakieś laski. – Cwaniak. – prychnąłem i ruszyłem w jego kierunku, kiedy nagle zobaczyłem Sawanne, Amelie i jeszcze jakąś dziewczynę zmierzające w wprost na mnie.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Szczęśliwego NOWEGO ROKU. W końcu wstawiłyśmy coś nowego. Mamy nadzieje, że wam się podoba. Mamy dużo poprawek i tak dalej, bo za tydzień kończymy półrocze, więc we ferie będzie na pewno dodanych kilka rozdziałów. Miłego weekendu.