niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 12

Nialler


Miałem ochotę wyskoczyć z samolotu, jednak dźwięk oznaczający, by zapiąć pasy uratował mi życie. W końcu lądujemy. Gdy było już po wszystkim, jak najszybciej wyciągnąłem swój bagaż podręczny i czekałem aż, wypuszczą nas z samolotu.
W końcu wyszliśmy na powietrze. Londyn. Nareszcie. Naprawdę nie mogłem się już doczekać tych kilku najlepszych dni mojego życia. Skierowaliśmy się w stronę budynku lotniska i już po chwili przeszliśmy kontrole i odebraliśmy swoje bagaże. Dziewczyny koniecznie musiały skorzystać z toalety, więc postanowiłem przypilnować wszystkich sześćdziesięciu toreb jakie ze sobą zabrały. Otoczyłem się nimi wszystkimi i czekałem, aż przyjdą. Po bacznej obserwacji ludzi kręcących się koło mnie, zauważyłem mężczyznę trzymającego tabliczkę z imieniem i nazwiskiem mojej cioci, a także z  logo redakcji, w której moja ciocia pracowała. Miałem zamiar podejść do niego i powiedzieć, że jestem z nią, ale na pewno by mi nie uwierzył i nie miałem nawet szansy tego zrobić, otoczony jak fortecą z każdej strony walizkami. Cierpliwe czekałem na dziewczyny, które w końcu po piętnastu minutach się pojawiły.
- Ten pan chyba na ciebie czeka, ciociu. – spojrzała w stronę, w którą wskazałem i zabrała ze sobą swoją torebkę i pobiegła do mężczyzny.
- Ja nie mam zamiaru nosić tych wszystkich toreb. – powiedziałem z wyrzutem
- Dlatego ten koleś tu jest. – powiedziała Sawanna pisząc sms’a i idąc w kierunku cioci
- Zostawisz mnie tu samą, znowu?
- Spokojnie, nie zginiesz. – powiedziała śmiejąc się.
Potem wraz z Bob’em, tak nazywał się ten facet, zanieśliśmy wszystkie walizki cioci do samochodu. Podróż trwała dobrą godzinę. Gdy już wjechaliśmy do centrum nie mogłem oderwać oczu od szyby samochodu. To miasto jest cudowne.
- Będę tu kiedyś mieszkał.
- Zostawisz Irlandie? – zapytała mnie Sawann
- Będę często ją odwiedzać.
- Tak, jasne.
Pod hotelem, obsługa zajęła się wszystkimi naszymi bagażami, a my spokojnie weszliśmy do środka.
- Mam rezerwacje na nazwisko McDewis – powiedziała ciocia, a recepcjonistka szybo wpisał je w bazę danych na komputerze i  przejrzała pliki.
- Tak zgadza się, apartament nr 108, 10 pięto. – odpowiedziała kobieta i miło się uśmiechnęła.
-  Dziękuję. A to są moi goście. – ciocia zabrała klucz elektroniczny od apartamentu i odeszła, a my za nią podreptaliśmy, nie odzywając się ani słowem.
Hotel zadziwiał. Cudowne wykładziny, drogie tapety i różne orientalne ozdoby. Nie mogłem doczekać się widoku wnętrza naszego „nowego mieszkanka”.
            Ciocia przesunęła kartę w zamku i już po chwili drzwi się otworzyły. Weszliśmy do środka i oniemialiśmy. Przynajmniej  ja. Ciocia takie widoki miała prawie na co dzień, a Sawann z tego co wiem, nie raz już z nią wyjeżdżała.
            Wielki salon, z ogromną, wygodną, skórzaną kanapą, 60 calowym telewizorem i barkiem z małym blatem kuchennym i lodówką. Rzuciłem się na kanapę i nie miałem zamiaru z niej schodzić.
- Podoba ci się, co? – spytała mnie ciocia, gdy już zdarzyła na robić wokół siebie bałaganu.
- Cudownie. Mogę tu już zostać na zawsze.
- To dobrze, bo tutaj będziesz spać.
- Co?
- Apartament jest dla jednej pary, a nie dla trzech singlów. Ja z Sawann będziemy spały w sypialni na łóżku, a ty tutaj na kanapie. No chyba, że chcesz spać ze mną. Innej opcji nie ma.
- Okey, odpowiada mi. Kanapa jest mega wygodna. Zapewne łóżko jest sto razy wygodniejsze, ale już wole tego nie sprawdzać, bo będę żałował.
- Cieszę się, że się dogadaliśmy. A teraz pozwólcie, że wezmę wspaniałą, odprężającą kąpiel. Dobranoc dzieciaki. – powiedziała i z nikła za drzwiami łazienki.
Nawet nie miałem siły się rozpakować. Postanowiłem rozpracować telewizor. Bawiłem się pilotem, gdy Sawann nadawała wciąż z kimś przez telefon. To raczej nie jej mama. Gada już dobre pół godziny. Może w końcu jej się bateria rozładuje, bo pisze smsy od początku naszego spotkania na lotnisku. Cioci też nie widać. Mam nadzieje, że nie utopiła się w tej wielkiej wannie. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, a gdy się obudziłem, byłem przykryty wielki, miękkim kocem, pod którym się gotowałem.

niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział 11

Nialler


W pokoju czekał na mnie już Conor.
- Widziałeś gdzieś moich rodziców?
- Kazali mi się tobą zaopiekować. Chyba myśleli, że ciągle śpisz.
- To przynieś mi coś do jedzenia, bo od wczorajszej kanapki z serem nic nie jadłem.
- Biedulek. Choć, zrobię ci największą kanapkę jaką kiedykolwiek widziałeś. – zeszliśmy na dół i Conor od razu zaczął przygotowywać jedzenie.
- Nie wierze. Tu robisz coś w kuchni. Co ci się stało?
- Kocham cię stary. Nie chce żebyś umarł z głodu. – powiedział i potem się zaśmiał. – Cieszę się, że żyjesz. Myślałem już, że…
- Daj spokój. Zapomnij o tym, dobra?
- Okey, jak sobie życzysz.- Po chwili dostałem kanapkę. Chyba naprawdę była największą jaką kiedykolwiek jadłem.
- Grillowany ser, bekon, cebula, sałata, ogórek kiszony, pomidor i kurczak. Tadaaa. – przedstawił jak najszybciej potrafił swoje dzieło Conor i padł na kanapę. – Teraz dokończmy meczyk, muszę się odegrać.
- Mam tylko godzinę, więc się pospiesz, bo coś mi się zdaje, że nie zdążysz. – załączyliśmy gre i śmigaliśmy już po wirtualnym boisku. Między czasie, pożerałem wielkimi kęsami swoją kanapkę i przeżuwałem ją godzinami. Nie graliśmy długo, bo chwilę później wrócili moi rodzice i mama kazała mi się szykować. Conor postanowił nie przeszkadzać i pójść do domu. Pożegnaliśmy się i ruszyłem prosto do łazienki. Stałem pod strumieniem wody, poczułem się zrelaksowany i odprężony. Po chwili z tego pięknego stanu wyrwało mnie mocne walenie w drzwi.
- Niall! Wyłaź już! Nie zdążysz, niedługo przyjedzie ciocia!– usłyszałem zdenerwowany głos mamy. Zawsze, kiedy gdzieś wyjeżdżam, albo wyjeżdżamy razem, sieje panikę i ciągłe powtarza, że się spóźnimy. Już się do tego przyzwyczaiłem i w takich sytuacjach byłem wyjątkowo posłuszny mamie. Po paru minutach wyszedłem z toalety i poszedłem do swojego pokoju zabrać walizki. W pokoju zastałem moją mamę.
- Co robisz?
- Sprawdzam czy wszystko spakowałeś. – powiedziała składając parę dżinsów.
- Mówiłem ci już, że wszystko..
- Wolałam się upewnić, dobrze wiem, jaki jesteś roztrzepany.
- Super... – powiedziałem i rzuciłem się na łóżko.
- Wziąłeś paszport? – po chwili spytała mama.
- Tak
- A szczoteczkę do zębów?
- Tak! Mamo wszystko spakowane, przestań.
- No dobrze. Która godzina?
- Za dziesięć piąta.
- Oh, znieś walizki na dół, pewnie zaraz przyjedzie ciocia.
Mama wyszła z mojego pokoju, zabierając ze sobą stertę moich brudnych ubrań.
Zniosłem walizki tak jak kazała mi mama. Po chwili usłyszałem klakson samochodu. Otworzyłem drzwi i zasygnalizowałem cioci, że już idę. Pożegnałem się z rodzicami. Oczywiście nie obyło się bez czułości mamy. Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę czarnego land rovera cioci. Wpakowałem walizki do bagażnika i zanim wsiadłem do środka jeszcze raz pomachałem mamie. Ruszyliśmy. Przez cała drogę siedziałem i patrzyłem się na drogę. Ciocia ciągle rozmawiała z kimś przez telefon, nie wiem chyba z szefem. Siedziałem i obserwowałem jak migają mi przed oczami paski namalowane na ulicy, nie zdawałem sobie sprawy co zaraz się wydarzy.
Na lotnisku wygramoliłem się z samochodu po długiej podróży. Wziąłem ze sobą torbę i skierowaliśmy się do terminalu. Odebraliśmy bilety i nadaliśmy bagaże.
- Dobra samolot mamy o 20.00, więc mamy trochę czasu. Idziemy na kawę.
- A ta dziewczyna co miała z nami lecieć, gdzie ona jest? Rozmyśliła się?
- Czeka już na nas, choć, przecież widzę, że nie możesz się już doczekać, żeby ją poznać. Pewnie liczysz na jakiś romansik, co?
- Nie… - nawet nie dała mi dokończyć, zaczęła mi tłumaczyć, że ta dziewczyna się tak szybko nie da, jest mądra i rozważna, a już na pewno nie pójdzie z kimś do łóżka po tygodniowym wypadzie. Takie słowa z ust własnej ciotki brzmią dziwnie. Przynajmniej lepiej niż gdyby mówiłby to mój tata, lub mama. Ale to wszystko, co powiedziała o tej dziewczynie było prawdą. W kawiarni siedziała długowłosa piękność, o brązowych loczkach, które znam, znam i uwielbiam.
- Sawanna. – wymsknęło mi się samowolnie. Dziewczyna odwróciła się do nas, a jej mina z wesołej przerodziła się w nieopisane zdziwienie i panikę.
- Niall. Miło cię widzieć.  Po raz kolejny.  Dzisiaj. – powiedziała nieco skrępowana. Ciocia przyglądała nam się ze śmieszną miną. Chyba nie wiedziała co powiedzieć.
- Znamy się ciociu. Chodzimy do tej samej szkoły. – powiedziałem
- Tak, oczywiście wiedziałam o tym. Chodzicie do tej samej szkoły, musicie się znać. – potem odeszła i poszła zamówić kawę.
- Tego się nie spodziewałam.
- Szczerze, to ja też. Zabawne, nie?
- Niby co?
- To, że akurat ciocia wybrała mnie i ciebie. Myślisz, że coś knuje? – zapytałem dziewczyny, która wpatrywała się na zmianę w filiżankę z kawą i w punkt za moimi plecami.
- Wszystko jest możliwe. Ona jest nieprzewidywalna.
- Taaa. To co masz jakieś palny, co chcesz zobaczyć?
- Kilka miejsc. Nic szczególnego, mam tylko nadzieje, że trafi nam się przynajmniej jeden słoneczny dzień.
- Ja też. – odpowiedziałem. Nie mogłem wciąż uwierzyć, że dziewczyna z którą spędzę cały cudowny tydzień w Londynie to Sawanna. Los mi chyba sprzyja. Już nie mogę się doczekać następnego dnia. Po chwili pojawiła się ciocia ze swoją olbrzymią kawą i usiadła przy naszym stoliku.
- To co zamierzacie robić w czasie kiedy ja, urodzona redaktorka będę przeprowadzała wywiad z najpopularniejszą osobą świata?
- Rozejrzymy się, pospacerujemy, pozwiedzamy… - znów nie dała mi dokończyć tylko wybuchła.
- Człowieku, to jest Londyn, trzeba się zabawić. A nie zwiedzać. Nie wiem co jest nie tak z tym pokoleniem. – powiedziała i upiła łyk kawy.
-  Będziemy się bawić, jak nigdy. – powiedziała po chwili Sawanna z cwaniackim uśmiechem. Zaczyna się robić dziwnie. Czy ja nie wiem o jakimś spisku? W prawdzie to kobiety, ich się nie da zrozumieć. Postanowiłem, że tego nie skomentuje.
Gdy dziewczyny skończyły kawy i babskie pogaduchy, których już miałem dosyć, mogliśmy w końcu ruszać do wyjścia. Weszliśmy na pokład samolotu po długim wyczekiwaniu w kolejce i jeszcze dłuższym szukaniu bilety cioci, która zaklinała, że na sto procent włożyła go do tylnej kieszeni swojej torebki. Po przeszukaniu jej całej, okazało się, że bilet był w portfelu, który cały czas trzymała w dłoni. Odszukałem swoje miejsce, wpakowałem do schowka swój bagaż podręczny i usiadłem na wygodnym fotelu irlandzkich linii lotniczych. Miałem miejsce obok jakiegoś starszego pana, który popijał czerwone wino i smarkał w chawtowaną chusteczkę między czasie. Spoglądałem na niego od czasu do czasu, czujnie obserwując, gdzie odkłada chusteczkę, bo zawsze było to inne miejsce. Nie chciałem się na nią przypadkiem natknąć. Dziewczyny siedziały razem, przede mną, znów plotkując o super przystojniakach i o tym co sobie ostatnio kupiły. Zapowiadał się naprawdę ciekawy lot.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 10

Nialler

Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Dobra to nie było rano. Była już trzecia po południu. Krzyknąłem proszę i opadłem z powrotem na poduszkę.
- Cześć stary. – usłyszałem głos swojego przyjaciela
- Hey Conor. – powiedziałem odwracając się przodem do niego. Wtedy zauważyłem, że przed moim łóżkiem stoi Sawanna.
- Cześć. – powiedziała cicho. – usiadłem na łóżku. Nawet nie zmieniłem od wczoraj ubrania.
- Jak się czujesz? – spytałem ją, ale widać było, że całkiem nieźle.
- Jest dobrze. Przynajmniej żyję. – uśmiechnęła się.
- Co stało się z twoim głosem?
- To przez tą wodę w jeziorze. Była zanieczyszczona i widzisz bakterie zrobiły swoje.
- Cieszę się, że jesteś cała. – spojrzałem na nią i widziałem na jej twarzy coś, czego nie potrafiłem wytłumaczyć. Widziałem gniew? Dlaczego? Chciałem porozmawiać z nią na osobności, ale nie mogłem tak po prostu spławić Conora.
- Jak się tu znalazłaś? – zapytałem po chwili
- Conor mnie przyprowadził. – wyjaśniła
- Próbowałem się do ciebie wczoraj dodzwonić, ale nie mogłem, wiec Amelia dała mi numer Sawanny. I zadzwoniłem do niej. Okazało się, że wydarzył się mały wypadek, a wtedy Saw poprosiła mnie, żebym z nią do ciebie przyszedł.
- Mój telefon się utopił. – oznajmiłem. Nie miałem nic więcej do powiedzenia. Conor jeszcze tylko chciał się upewnić czy wszystko na pewno jest w porządku. Wiedział, że mamy z Sawanną sprawy do omówienia, więc wrócił do domu.
- Trzymaj się, wpadnę jeszcze wieczorem. – powiedział na koniec i wyszedł.
Siedzieliśmy w ciszy. Patrzyliśmy się na siebie i, no właśnie nic. Potem ujrzałem pojedynczą łzę spływająca po jej policzku.
- Hey, nie płacz. – powiedziałem i podszedłem do niej, klękając przy fotelu na którym siedziała.
- Nie każdy by się na to zdobył. – powiedziała tylko i zalała się łzami. Postanowiłem ją przytulić i pozwolić wypłakać w ramie, bo nic innego mi nie pozostało. Gdy w końcu przestała zaproponowałem:
- Przejdziemy się, spacer dobrze nam zrobi. – potaknęła tylko i wytarła twarz w chusteczkę.
        Szliśmy uliczkami w mojej okolicy. Sawanna chyba znów próbowała powstrzymać atak płaczu. Wciąż  miała ten sam wyraz twarzy, jaki miała w moim domu. Nie chciałem owijać w bawełnę, wiec po prostu się spytałem.
- Czemu jesteś zła?
- A czemu miałabym nie być? – nie rozumiałem jej. Na co była wściekła?
- O co chodzi? – zatrzymałem się i zmusiłem ją do tego samego. Spojrzała mi w oczy.
- Nie rozumiesz.
- Nie.
- Jestem zła, bo sama stwarzam problemy, przez które ludzie muszą cierpieć.
- Kto niby cierpi? – zapytałem. Że niby ja?
- Tak ty, wiem co ci chodzi po głowie.
- Wiesz, że to nie prawda. Wykąpałem się i tyle.
- Jestem niezdarą. Zaczyna mnie to irytować, zawsze musze coś spieprzyć.
- Nie mów tak. Wypadki się zdarzają. Uważam, że winę ponosi ten łabędź, a nie ty. – uśmiechnąłem się do niej łagodnie. Dziewczyna nie wiedziała co odpowiedzieć. Usiadła na krawężniku.
- Kiedy wyszłaś ze szpitala? – zapytałem po chwili
- Dziś rano. Zrobili wszystkie badania, chcieli mnie jeszcze zatrzymać na jeden dzień, ale ja tam nie mogłam dłużej wytrzymać.
- Tak jak ja. Nie lubię szpitali. Coś nas łączy.
- Nienawiść. – powiedziała. Uśmiech momentalnie zginął z jej twarzy. W sumie, na to wyglądało.
Nie potrafiłem jej zrozumieć. Widać było, że coś ją trapi, ale nie chciała nic powiedzieć. Patrzyłem się na nią przez dłuższy czas, czekając na jakikolwiek znak jej obecności tutaj. Po paru minutach w końcu się odezwała – Dziękuję. – dodała.
- Nie ma za co. – uśmiechnąłem się do niej i objąłem ramieniem.
- Niall, uratowałeś mi życie. Ty to nazywasz niczym?
- W prawdzie to tak, ale co by było jakbym nie umiał pływać?
- W tej sytuacji, to ja nie potrafiłam pływać. I chyba już nigdy nie wejdę do wody.
- Yyy, jesteś tego pewna?  Kupie ci na wszelki wypadek zapas dezodorantu na urodziny.
- Nie o to mi chodziło. Głupek. – w końcu się uśmiechnęła, a potem wybuchliśmy śmiechem. Jej desperacja, przeobraziła się w nieopanowany napad radości. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy nie, ale jeszcze śmiech nikomu nie zaszkodził. Minęła godzina, dwie, trzy. My wciąż krążyliśmy po okolicy. Postanowiliśmy wracać do domów.
- Wyjeżdżasz gdzieś? – spytałem
- Tak, choć nie wiem czy mam wciąż ochotę.
- Zmiana otoczenia na pewno ci się przyda. Ja też wyjeżdżam. Spotkamy się ponownie w szkolę.
- Mam nadzieje, że te ferie miną mi miło.
- Na sto procent. Mówię ci to. Napisze do ciebie ja tylko dorobię się nowego telefonu.
- Obiecujesz?
- Obiecuje.
Odprowadziłem ją pod dom i wróciłem do swojego.
---------------------------------------------------------------------------
W końcu nowy rozdział. Mamy nadzieję, że wam się podoba i czekamy na opinie. :) Może macie jakieś pomysły na dalszy przebieg wydarzeń? Jakieś uwagi?
                                                                                                                D&M