wtorek, 21 maja 2013

Rozdział 14

Nialler

Po śniadaniu pozbieraliśmy wszystkie potrzebna rzeczy, założyliśmy kurtki, bo niestety pogoda nie powalała. Lekkie zachmurzenie, ale na szczęście nie pada. Jeszcze.
Wyszliśmy z hotelu i skierowaliśmy się w stronę stacji metra, które było oddalone o kilkadziesiąt metrów od naszego hotelu.
- Na pewno wiesz gdzie idziemy? – Spytała Saw, dopinając kurtkę i próbując mnie dogonić
- Tak. Nie martw się, nie zginiemy. Stacja jest kawałek dalej. – odpowiedziałem i idąc przodem, rozglądałem  się dookoła.
Za to kocham Londyn. Miasto wielokulturowe, o ciekawej historii i pięknej architekturze. Nawet chodniki tutaj są super. Każdy budynek ma w sobie coś, co przyciąga cię do niego. Naprawdę nie można się nadziwić. Osobiście, najbardziej podobają mi się stare uliczki Londynu i parki. To jest miejsce, w którym można się odprężyć. Wielkie zielone pola z różnorodną roślinnością. Miejsce idealne na niedzielny piknik, lub przejażdżkę rowerem.
 Po chwili dotarliśmy do stacji i podeszliśmy do jednego z wolnych okienek. Niczego innego nie można było się spodziewać. Ludzie wchodzą i wychodzą, inni kręcą się czekając na pociąg. Jedni czytają książki inni używają e- czytników. Ciągły pośpiech, ludzie z telefonami przy uchu dopinających na ostatni guzik sprawy z pracy w drodze powrotnej do domu, lub pędzący na spotkanie. Bezdomni, biznesmeni, emeryci, młodzi ludzie szukający wrażeń w dzisiejszym świecie, tacy jak my. Skejci, pankowcy, kujony i ci przystojni. To jest miejsce w którym można zobaczyć ludzi, gdzie na co dzień w moim rodzinnym miasteczku nie znajdziesz. Każdy jest inny, wyjątkowy, o unikalnym charakterze. Afroamerykanie, Azjaci, Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Latynoamerykanie, Skandynawowie. Tu każdy ma swoje miejsce i  każdy żyje swoim tempem, tak jak chce.
Kupiliśmy bilety tygodniowe, co kosztowało nas 17 £ i oddaliliśmy się od kas.
- Dobra tu mamy plan metra. Jesteśmy w tym miejscu – Charing Cross. – Wskazałem palcem na mapce, by pokazać Sawannie. – Teraz będziemy jechać Bakerloo line, wysiądziemy na Baker Street, przejdziemy podziemiom i wyjdziemy na powierzchnie, a tam już tylko kawałek od miejsca do którego cię zabieram.
- W takim razie prowadź, bo ja już się pogubiłam. – odpowiedziała z uśmiechem.
- Okey, chodź. W tą stronę. – podałem jej rękę, by w tym tłumie jej nie zgubić, a ona z chęcią ją przyjęła. Przedostaliśmy się przez tunel, a potem zjechaliśmy schodami na dół. Usiedliśmy na jednych z pobliskich siedzeń i czekaliśmy na metro, które z godnie z tablicą informacyjną powinno nadjechać za 3 minuty. Saw siedziała i znów z kimś pisała.
- Kto ci tak nawala na ten telefon? – spytałem, po chwili.
-Nikt taki, przepraszam już wyłączam. – uśmiechnęła się, a potem wrzuciła telefon do torebki.
Gdy metro nadjechało wskoczyliśmy do niego i zajęliśmy wolne miejsca.
- „Mind the gap between the train and platform edge.” – usłyszeliśmy, a potem drzwi się zamknęły. Chyba nigdy mi się to nie znudzi. Uwielbiam to zdanie, nie wiedzieć z  jakiego powodu.
- Stwierdzam, że się przejadłam.  – powiedziała Saw, kiedy metro już ruszyło i głośno westchnęła.
- To przejściowe uczucie. Przejdzie ci.
- Wrócę do domu o 10 kilogramów grubsza. – marudziła z dziwnym grymasem na twarzy.
- Nie przesadzaj. Wy dziewczyny macie świra na punkcie zdrowego odżywiania i odchudzania.
- Bo chcemy wyglądać ładnie. Pomyśl, który koleś w dzisiejszym świecie chciałby chodzić z grubą laską? Żaden, no może są wyjątki, ale to zdarza się raz na tysiąc. A ja nie chce czekać do czterdziestki, kiedy jakiś zdesperowany facet postanowi wziąć ze mną ślub.
- Mi się podobasz taka jaka jesteś, nie przeszkadza mi to, że mogłabyś jeść na okrągło. Ja jestem głodomorem, nie przeżyje bez jedzenia nawet pół dnia.
- Zdążyłam to zauważyć. I dzięki za komplement.
- Nie wiele dziewczyn umie je przyjmować. Zawsze uważają, że są niewystarczająco ładne. Powinny się cieszyć z tego co mają, a nie wybrzydzać.
- Masz racje, ale nie zmienisz całego świata. – odpowiedziała.
- Cóż. – potem bacznie przyglądałem się stacją , które mijaliśmy. Za każdym razem ludzie wysiadali i wsiadali. Zadziwiające jest to, że każdy z nich miał taki sam wyraz twarzy; przygnębiony i zmęczony. Rzadko można zobaczyć człowieka z uśmiechem na twarzy. Tak po prostu żyje się w wielkich miastach. Podążanie za rzeczami materialnymi, kształtowanie swojej kariery zawodowej, zdobywanie wykształcenia, sławy i innych celów. Ciągły pośpiech. Nie ma czasu na relaks, rodzinne weekendy, czy choćby nawet wypicie lampki wina z kimś bliskim.  Tu ludzie dzielą się na tych, którzy chcą zarobić pieniądze, by zapewnić byt dla swoich rodzin i tych, którzy harują cały tydzień, by stracić kasę w jedną piątkową noc na imprezie w klubie. Nie mówię, że każdy z ludzi tu mieszkających zaliczają się do tych dwóch grup, bo to nieprawda, ale większość z nich właśnie tak żyje.
 ________________________________________________________________________________
Przepraszam, za to, że musiałyście tak długo czekać na następny rozdział, ale już jest. Mam nadzieje, że wena dopisze i rozdziały będą dodawane regularnie. Dodawajcie komentarze, albo może napiszcie jakieś swoje historie, związane z Londynem, jeśli ktoś z was tam był. Chętnie poczytamy. 
D&M

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę o zostawienie komentarza to dla nas bardzo ważne :) możecie również wstawiać linki z waszymi blogami :)