Nialler
Po śniadaniu pozbieraliśmy wszystkie potrzebna rzeczy,
założyliśmy kurtki, bo niestety pogoda nie powalała. Lekkie zachmurzenie, ale
na szczęście nie pada. Jeszcze.
Wyszliśmy z hotelu i skierowaliśmy się w stronę stacji
metra, które było oddalone o kilkadziesiąt metrów od naszego hotelu.
- Na pewno wiesz gdzie idziemy? – Spytała Saw, dopinając
kurtkę i próbując mnie dogonić
- Tak. Nie martw się, nie zginiemy. Stacja jest kawałek dalej.
– odpowiedziałem i idąc przodem, rozglądałem się dookoła.
Za to kocham Londyn. Miasto
wielokulturowe, o ciekawej historii i pięknej architekturze. Nawet chodniki
tutaj są super. Każdy budynek ma w sobie coś, co przyciąga cię do niego.
Naprawdę nie można się nadziwić. Osobiście, najbardziej podobają mi się stare
uliczki Londynu i parki. To jest miejsce, w którym można się odprężyć. Wielkie
zielone pola z różnorodną roślinnością. Miejsce idealne na niedzielny piknik,
lub przejażdżkę rowerem.
Po chwili dotarliśmy do stacji i podeszliśmy
do jednego z wolnych okienek. Niczego innego nie można było się spodziewać.
Ludzie wchodzą i wychodzą, inni kręcą się czekając na pociąg. Jedni czytają
książki inni używają e- czytników. Ciągły pośpiech, ludzie z telefonami przy
uchu dopinających na ostatni guzik sprawy z pracy w drodze powrotnej do domu,
lub pędzący na spotkanie. Bezdomni, biznesmeni, emeryci, młodzi ludzie
szukający wrażeń w dzisiejszym świecie, tacy jak my. Skejci, pankowcy, kujony i
ci przystojni. To jest miejsce w którym można zobaczyć ludzi, gdzie na co dzień
w moim rodzinnym miasteczku nie znajdziesz. Każdy jest inny, wyjątkowy, o
unikalnym charakterze. Afroamerykanie, Azjaci, Francuzi, Włosi, Hiszpanie,
Latynoamerykanie, Skandynawowie. Tu każdy ma swoje miejsce i każdy żyje swoim tempem, tak jak chce.
Kupiliśmy bilety tygodniowe, co
kosztowało nas 17 £ i oddaliliśmy się od kas.
- Dobra tu mamy plan metra.
Jesteśmy w tym miejscu – Charing Cross. – Wskazałem palcem na mapce, by pokazać
Sawannie. – Teraz będziemy jechać Bakerloo line, wysiądziemy na Baker Street, przejdziemy
podziemiom i wyjdziemy na powierzchnie, a tam już tylko kawałek od miejsca do
którego cię zabieram.
- W takim razie prowadź, bo ja już
się pogubiłam. – odpowiedziała z uśmiechem.
- Okey, chodź. W tą stronę. –
podałem jej rękę, by w tym tłumie jej nie zgubić, a ona z chęcią ją przyjęła.
Przedostaliśmy się przez tunel, a potem zjechaliśmy schodami na dół. Usiedliśmy
na jednych z pobliskich siedzeń i czekaliśmy na metro, które z godnie z tablicą
informacyjną powinno nadjechać za 3 minuty. Saw siedziała i znów z kimś pisała.
- Kto ci tak nawala na ten
telefon? – spytałem, po chwili.
-Nikt taki, przepraszam już
wyłączam. – uśmiechnęła się, a potem wrzuciła telefon do torebki.
Gdy metro nadjechało wskoczyliśmy
do niego i zajęliśmy wolne miejsca.
- „Mind the gap between the train
and platform edge.” – usłyszeliśmy, a potem drzwi się zamknęły. Chyba nigdy mi
się to nie znudzi. Uwielbiam to zdanie, nie wiedzieć z jakiego powodu.
- Stwierdzam, że się
przejadłam. – powiedziała Saw, kiedy
metro już ruszyło i głośno westchnęła.
- To przejściowe uczucie.
Przejdzie ci.
- Wrócę do domu o 10 kilogramów
grubsza. – marudziła z dziwnym grymasem na twarzy.
- Nie przesadzaj. Wy dziewczyny
macie świra na punkcie zdrowego odżywiania i odchudzania.
- Bo chcemy wyglądać ładnie.
Pomyśl, który koleś w dzisiejszym świecie chciałby chodzić z grubą laską?
Żaden, no może są wyjątki, ale to zdarza się raz na tysiąc. A ja nie chce
czekać do czterdziestki, kiedy jakiś zdesperowany facet postanowi wziąć ze mną
ślub.
- Mi się podobasz taka jaka
jesteś, nie przeszkadza mi to, że mogłabyś jeść na okrągło. Ja jestem
głodomorem, nie przeżyje bez jedzenia nawet pół dnia.
- Zdążyłam to zauważyć. I dzięki
za komplement.
- Nie wiele dziewczyn umie je
przyjmować. Zawsze uważają, że są niewystarczająco ładne. Powinny się cieszyć z
tego co mają, a nie wybrzydzać.
- Masz racje, ale nie zmienisz
całego świata. – odpowiedziała.
- Cóż. – potem bacznie
przyglądałem się stacją , które mijaliśmy. Za każdym razem ludzie wysiadali i
wsiadali. Zadziwiające jest to, że każdy z nich miał taki sam wyraz twarzy;
przygnębiony i zmęczony. Rzadko można zobaczyć człowieka z uśmiechem na twarzy.
Tak po prostu żyje się w wielkich miastach. Podążanie za rzeczami materialnymi,
kształtowanie swojej kariery zawodowej, zdobywanie wykształcenia, sławy i
innych celów. Ciągły pośpiech. Nie ma czasu na relaks, rodzinne weekendy, czy
choćby nawet wypicie lampki wina z kimś bliskim. Tu ludzie dzielą się na tych, którzy chcą zarobić
pieniądze, by zapewnić byt dla swoich rodzin i tych, którzy harują cały
tydzień, by stracić kasę w jedną piątkową noc na imprezie w klubie. Nie mówię,
że każdy z ludzi tu mieszkających zaliczają się do tych dwóch grup, bo to
nieprawda, ale większość z nich właśnie tak żyje.
________________________________________________________________________________
Przepraszam, za to, że musiałyście tak długo czekać na następny rozdział, ale już jest. Mam nadzieje, że wena dopisze i rozdziały będą dodawane regularnie. Dodawajcie komentarze, albo może napiszcie jakieś swoje historie, związane z Londynem, jeśli ktoś z was tam był. Chętnie poczytamy.
D&M
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę o zostawienie komentarza to dla nas bardzo ważne :) możecie również wstawiać linki z waszymi blogami :)