niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział 11

Nialler


W pokoju czekał na mnie już Conor.
- Widziałeś gdzieś moich rodziców?
- Kazali mi się tobą zaopiekować. Chyba myśleli, że ciągle śpisz.
- To przynieś mi coś do jedzenia, bo od wczorajszej kanapki z serem nic nie jadłem.
- Biedulek. Choć, zrobię ci największą kanapkę jaką kiedykolwiek widziałeś. – zeszliśmy na dół i Conor od razu zaczął przygotowywać jedzenie.
- Nie wierze. Tu robisz coś w kuchni. Co ci się stało?
- Kocham cię stary. Nie chce żebyś umarł z głodu. – powiedział i potem się zaśmiał. – Cieszę się, że żyjesz. Myślałem już, że…
- Daj spokój. Zapomnij o tym, dobra?
- Okey, jak sobie życzysz.- Po chwili dostałem kanapkę. Chyba naprawdę była największą jaką kiedykolwiek jadłem.
- Grillowany ser, bekon, cebula, sałata, ogórek kiszony, pomidor i kurczak. Tadaaa. – przedstawił jak najszybciej potrafił swoje dzieło Conor i padł na kanapę. – Teraz dokończmy meczyk, muszę się odegrać.
- Mam tylko godzinę, więc się pospiesz, bo coś mi się zdaje, że nie zdążysz. – załączyliśmy gre i śmigaliśmy już po wirtualnym boisku. Między czasie, pożerałem wielkimi kęsami swoją kanapkę i przeżuwałem ją godzinami. Nie graliśmy długo, bo chwilę później wrócili moi rodzice i mama kazała mi się szykować. Conor postanowił nie przeszkadzać i pójść do domu. Pożegnaliśmy się i ruszyłem prosto do łazienki. Stałem pod strumieniem wody, poczułem się zrelaksowany i odprężony. Po chwili z tego pięknego stanu wyrwało mnie mocne walenie w drzwi.
- Niall! Wyłaź już! Nie zdążysz, niedługo przyjedzie ciocia!– usłyszałem zdenerwowany głos mamy. Zawsze, kiedy gdzieś wyjeżdżam, albo wyjeżdżamy razem, sieje panikę i ciągłe powtarza, że się spóźnimy. Już się do tego przyzwyczaiłem i w takich sytuacjach byłem wyjątkowo posłuszny mamie. Po paru minutach wyszedłem z toalety i poszedłem do swojego pokoju zabrać walizki. W pokoju zastałem moją mamę.
- Co robisz?
- Sprawdzam czy wszystko spakowałeś. – powiedziała składając parę dżinsów.
- Mówiłem ci już, że wszystko..
- Wolałam się upewnić, dobrze wiem, jaki jesteś roztrzepany.
- Super... – powiedziałem i rzuciłem się na łóżko.
- Wziąłeś paszport? – po chwili spytała mama.
- Tak
- A szczoteczkę do zębów?
- Tak! Mamo wszystko spakowane, przestań.
- No dobrze. Która godzina?
- Za dziesięć piąta.
- Oh, znieś walizki na dół, pewnie zaraz przyjedzie ciocia.
Mama wyszła z mojego pokoju, zabierając ze sobą stertę moich brudnych ubrań.
Zniosłem walizki tak jak kazała mi mama. Po chwili usłyszałem klakson samochodu. Otworzyłem drzwi i zasygnalizowałem cioci, że już idę. Pożegnałem się z rodzicami. Oczywiście nie obyło się bez czułości mamy. Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę czarnego land rovera cioci. Wpakowałem walizki do bagażnika i zanim wsiadłem do środka jeszcze raz pomachałem mamie. Ruszyliśmy. Przez cała drogę siedziałem i patrzyłem się na drogę. Ciocia ciągle rozmawiała z kimś przez telefon, nie wiem chyba z szefem. Siedziałem i obserwowałem jak migają mi przed oczami paski namalowane na ulicy, nie zdawałem sobie sprawy co zaraz się wydarzy.
Na lotnisku wygramoliłem się z samochodu po długiej podróży. Wziąłem ze sobą torbę i skierowaliśmy się do terminalu. Odebraliśmy bilety i nadaliśmy bagaże.
- Dobra samolot mamy o 20.00, więc mamy trochę czasu. Idziemy na kawę.
- A ta dziewczyna co miała z nami lecieć, gdzie ona jest? Rozmyśliła się?
- Czeka już na nas, choć, przecież widzę, że nie możesz się już doczekać, żeby ją poznać. Pewnie liczysz na jakiś romansik, co?
- Nie… - nawet nie dała mi dokończyć, zaczęła mi tłumaczyć, że ta dziewczyna się tak szybko nie da, jest mądra i rozważna, a już na pewno nie pójdzie z kimś do łóżka po tygodniowym wypadzie. Takie słowa z ust własnej ciotki brzmią dziwnie. Przynajmniej lepiej niż gdyby mówiłby to mój tata, lub mama. Ale to wszystko, co powiedziała o tej dziewczynie było prawdą. W kawiarni siedziała długowłosa piękność, o brązowych loczkach, które znam, znam i uwielbiam.
- Sawanna. – wymsknęło mi się samowolnie. Dziewczyna odwróciła się do nas, a jej mina z wesołej przerodziła się w nieopisane zdziwienie i panikę.
- Niall. Miło cię widzieć.  Po raz kolejny.  Dzisiaj. – powiedziała nieco skrępowana. Ciocia przyglądała nam się ze śmieszną miną. Chyba nie wiedziała co powiedzieć.
- Znamy się ciociu. Chodzimy do tej samej szkoły. – powiedziałem
- Tak, oczywiście wiedziałam o tym. Chodzicie do tej samej szkoły, musicie się znać. – potem odeszła i poszła zamówić kawę.
- Tego się nie spodziewałam.
- Szczerze, to ja też. Zabawne, nie?
- Niby co?
- To, że akurat ciocia wybrała mnie i ciebie. Myślisz, że coś knuje? – zapytałem dziewczyny, która wpatrywała się na zmianę w filiżankę z kawą i w punkt za moimi plecami.
- Wszystko jest możliwe. Ona jest nieprzewidywalna.
- Taaa. To co masz jakieś palny, co chcesz zobaczyć?
- Kilka miejsc. Nic szczególnego, mam tylko nadzieje, że trafi nam się przynajmniej jeden słoneczny dzień.
- Ja też. – odpowiedziałem. Nie mogłem wciąż uwierzyć, że dziewczyna z którą spędzę cały cudowny tydzień w Londynie to Sawanna. Los mi chyba sprzyja. Już nie mogę się doczekać następnego dnia. Po chwili pojawiła się ciocia ze swoją olbrzymią kawą i usiadła przy naszym stoliku.
- To co zamierzacie robić w czasie kiedy ja, urodzona redaktorka będę przeprowadzała wywiad z najpopularniejszą osobą świata?
- Rozejrzymy się, pospacerujemy, pozwiedzamy… - znów nie dała mi dokończyć tylko wybuchła.
- Człowieku, to jest Londyn, trzeba się zabawić. A nie zwiedzać. Nie wiem co jest nie tak z tym pokoleniem. – powiedziała i upiła łyk kawy.
-  Będziemy się bawić, jak nigdy. – powiedziała po chwili Sawanna z cwaniackim uśmiechem. Zaczyna się robić dziwnie. Czy ja nie wiem o jakimś spisku? W prawdzie to kobiety, ich się nie da zrozumieć. Postanowiłem, że tego nie skomentuje.
Gdy dziewczyny skończyły kawy i babskie pogaduchy, których już miałem dosyć, mogliśmy w końcu ruszać do wyjścia. Weszliśmy na pokład samolotu po długim wyczekiwaniu w kolejce i jeszcze dłuższym szukaniu bilety cioci, która zaklinała, że na sto procent włożyła go do tylnej kieszeni swojej torebki. Po przeszukaniu jej całej, okazało się, że bilet był w portfelu, który cały czas trzymała w dłoni. Odszukałem swoje miejsce, wpakowałem do schowka swój bagaż podręczny i usiadłem na wygodnym fotelu irlandzkich linii lotniczych. Miałem miejsce obok jakiegoś starszego pana, który popijał czerwone wino i smarkał w chawtowaną chusteczkę między czasie. Spoglądałem na niego od czasu do czasu, czujnie obserwując, gdzie odkłada chusteczkę, bo zawsze było to inne miejsce. Nie chciałem się na nią przypadkiem natknąć. Dziewczyny siedziały razem, przede mną, znów plotkując o super przystojniakach i o tym co sobie ostatnio kupiły. Zapowiadał się naprawdę ciekawy lot.

2 komentarze:

  1. Bardzo fajny rozdział:) Czekam na dalszy ciąg:) Pozdrawiam Asiek :*

    OdpowiedzUsuń
  2. czekam na dalszy ciąg pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń

Proszę o zostawienie komentarza to dla nas bardzo ważne :) możecie również wstawiać linki z waszymi blogami :)